Miłość w czasach zarazy

Epidemia, pandemia, apokalipsa. Czas egzaminu dojrzałości i potężny prztyczek w nos, czy kopniak w dupę? To się dopiero okaże.  

Jak pięknie, empirycznie udowodniono, że wobec spraw zasadniczych, wszyscy są równie bezsilni. 

Nie ma państw bogatych, biednych, mądrych, głupich. Są bezradne mniej lub bezradne całkowicie. 

Oczywiście są jeszcze Chiny, ale to jest zupełnie inna kategoria.

W ciągu trzech tygodni calutki świat grzecznie się rozchorował. 

To świat. A mróweczki?

Mróweczki sobie radzą jak mogą. 

Jedne ignorują zalecenia, liżąc nonszalancko klamkę w osiedlowym super-samie. Inne, zalecenia traktują jak niepotrzebną brawurę i zgodnie z własnym poczuciem zdrowego rozsądku oblewają się spirytusem i inhalują  dymem kadzielnic, spryskując nogi stołowe płynem do odkażania.

Są też ci pozostali, którzy siedzą grzecznie na dupie, myją ręce i nie robią niepotrzebnych wycieczek do osiedlowego centrum rozpusty z wirusem w gratisie.

I wszyscy mają rację. 

Swoją rację.

A jak powszechnie wiadomo moja racja jest najmojsza a przynajmniej bardziej mojsza od twojej racji. Miłość wielka pomiędzy posiadaczami racyj wybuchła nagle i niepohamowanie. 

Nawet obiły mi się o twarz nieśmiałe sugestie kar więzienia za radosne wprowadzanie niektórych racji w życie. Mają rację.

Kwestie ignorancji, buty i chamstwa władzy pozostawię bez komentarza, bo zdrowie trzeba dziś szanować szczególnie, więc nie chcę się słusznie choć niepotrzebnie denerwować. 

W każdym razie, władzę kocham obecnie mocniej niż kiedykolwiek. Nie wyłączając z tego stosunków uznanych za publicznie niestosowne. 

No nieważne. Jest miłość i tego się trzymajmy.

Wróćmy do mróweczek. Te są znacznie ciekawsze.

Mróweczki często mają młode. To jest plenny gatunek, więc nie ma się czemu dziwić.

Młode siedzą w domu, jak wszyscy… ale bardziej, bo instytucje, w których młode do tej pory przechowywano w ciągu dnia, pozamykano spec-dyrektywą. 

Ale nie, że młode mają siedzieć z progeniturą i się nudzić, gdzie tam. 

Trenerzy młodych osobników się zmówili i postanowili treningi podtrzymać metodami magicznymi. 

Zaprzęgnięto w tym celu Interneta do roboty. 

I tak od dwóch tygodni rodzice młodych, poza pracą w domu, ogarnianiem samego siedliska, wszystkich znajdujących się pod dachem osobników, mają także do ogarnięcia materiał z matematyki, historii, języków obcych i tych bardziej znajomych, na poziomie klas od pierwszej do dowolnej – nie wiem jak tam aktualnie to ustaliła najnowsza “reforma szkolnictwa”. 

I czemu to próchno się tak denerwuje. Że sobie nie radzi? A kogo to obchodzi. Powinni być wdzięczni co najmniej za to, że edukatorzy dbają o to, żeby rodziciele z nudów nie padli w zaciszu domowym. Chwała im i uwielbienie. 

Czemu młode same nie ogarniają tematu? Bo tego ich edukatorzy nie nauczyli.

Od dawna wszak jest jasne, że w szkole nie uczy się, tylko wkłada zestawy danych metodami mniej lub bardziej humanitarnymi. 

Młode w szkole nie zdobywają wiedzy tylko osiągają stan oświecenia, o ile nie potrafią się skutecznie bronić. 

Jeśli więc młode zostały postawione przed wyzwaniem samodzielnego przyswojenia a może być, że również zdobycia wiedzy…. No to niestety taką umiejętnością nikt ich do tej pory nie zaatakował. Czyli nie umio.

Ich starzy też nie umio, bo ich też nikt nie zarażał chęcią i głodem poszukiwania i zdobywania, o przyswajaniu nie wspomnę. 

Miłość zatem rozkwitła na nowo pomiędzy edukatorami i mrówkami, legitymującymi się posiadaniem młodych w wieku ustawowo edukacją ciemiężonym.

 A to jest bardzo dobre, bo uczucie trzeba podgrzewać, żeby nie powiedzieć, podniecać niczem płomień. 

Ten płomień akurat już przygasał po ostatniej akcji strajkowej grona edukacyjnego. 

Oj wtedy namiętność buchnęła była niczem kwiecie wiosenną porą. Zgaduję, że ta miłość pozostanie na dłużej. 

Ach wzruszyłem się.

Czas na miłość nieszczęśliwą, niespełnioną bo nieodwzajemnioną.

Uczucie tak namiętne, jak niespodziewane. 

Wszystkie mróweczki nagle zapalały uwielbieniem do osbników w białych kitlach. 

Do niedawna przecież kitle były definicją korupcji, niewiedzy, nieudolności i zła wcielonego. 

A tymczasem, od paru dni białe kitle wyniesiono na cokoły, wielbione i wychwalane. Nie ma w tym nic niezwykłego.

Wiadomo, jak trwoga to do… lekarza. 

Mają przesrane, bo roboty w cholerę.

 Nie bardzo wiadomo jak i co ale robić trzeba.

A ciężko robić jak nie ma czym. Bo nagle okazało się, że białych kitli brak. 

Osób brak bo też na ten przykład chorują, ale samych kitli – dosłownie. 

No kurza twarz, dzielni i waleczni, stawiają czoła tej dramatycznie kretyńskiej sytuacji, chroniąc się papierowymi chusteczkami i precyzyjnie odmierzanymi dawkami spirytusu salicylowego.

Tak, bez cienia ironii, trzeba przyznać, że bohaterowie nie zawsze mają peleryny. Czasem mają szare kitle, podkrążone oczy, w których tli się strach, czy przypadkiem nie zawlekli właśnie jakiegoś dziadostwa do domu i nie podzielili się nim z bliskimi.

A no tak właśnie. Z tego właśnie powodu, miłość i uwielbienie dla służby zdrowia jest nieodwzajemniona. 

Jak te waleczne i dzielne mrówki mogą czuć cokolwiek innego niż nienawiść wobec milionów imbecyli, którzy czyhają na zdrowie i bezpieczeństwo ich najbliższych.

Mało tego, białe kitle doskonale wiedzą, że miłość do nich jest pozorna i kiedy tylko minie realne zagrożenie, uczucie pryśnie jak bańka mydlana.

Póki co, niech trwa. Bo tylko dzięki temu, że naród się boi, szpitale jeszcze są w stanie jakoś funkcjonować. 

Dzięki narodowym lub lokalnym zbiórkom funduszy i oddolnym inicjatywom jakieś maseczki czy inny sprzęt i pieniądze mimo wszystko spływają. Władza nie zdążyła nawet dopiąć się do unijnego przetargu na sprzęt… Zmilczę i tym razem, choć piana kapie na klawiaturę.

Nie ma wolnej miłości w domach z betonu?

Ha pewnie, że jest. 

Tyle miłości ile teraz, to już dawno nie zaznał nasz wspaniały kraj. 

Miłość jest teraz powszechna, ponad podziałami, choć nie ponad granicami, bo te znowu zaczęły funkcjonować zgodnie z nazwą. 

Love is all around me, jeśli tekstami piosenek mógłbym się posłużyć. Przy okazji chwaląc się znajomością obcego języka. 

Wszyscy choć deklarują solidarność narodową , z obrzydzeniem, niechęcią, a co najmniej obawą patrzą na pozostałych członków społeczeństwa, wkładających do wózka piąty dziesięciopak papieru toaletowego.

MOJEGO papieru toaletowego.

To ostatni rodzaj miłości, który dzisiaj chciałem ci wytłuścić – miłość do tradycji. Rzucili papier, trzeba brać – brzmi znajomo, prawda?

Kocham Was, moi Mili, ale idę umyć ręce. 

Nie umywam ich od odpowiedzialności czy współodpowiedzialności. 

Jestem tej sytuacji tak samo winien, jak Ty. Ale umyję je, bo być może dzięki temu uratuję Ci życie.

© mojaameba.com.pl

Photo by Branimir Balogović on Unsplash

5 1 vote
Article Rating
Please wait...

Moja ameba Autor

Subskrypcja
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments