Ballada o głupim Gienku

Gienek był głupi. Gienek był mordercą. Gienek był jeszcze kilka chwil temu. Teraz Gienek jest trupem.

Sąd był szybki.

Sołtys, kowal i ksiądz dobrodziej, skinieniem głowy wydali wyrok, który wykonał kowal w sadzie za kuźnią, w niecałe dwa kwadranse później.

Trzeba zaznaczyć, że ksiądz, owszem, głową skinął, ale po całym zdarzeniu utrzymywał, że nie to przecież miał na myśli, bójcie się Boga. A przy wykonaniu wyroku nie był obecny wcale.

I tu należy także zaznaczyć, że powinności kapłańskich także nie wypełnił, co cieniem się kładzie na deklarowanej wcześniej woli ratowania gienkowej głowy.

Gienek był mordercą, zabił człowieka i za to zawisł na kowalowej jabłonce.

…………………………………….

Skąd wziął się Gienek w naszej wsi? Nie wiadomo.

Wiadomo, że stara wdowa, Kubalowa, mieszkająca samotnie za wsią, pod lasem, przygarnęła pięcioletniego chłopca i dała mu dach nad głową.

Od początku było wiadomo, że dzieciak jest inny.

Fizycznie rozwijał się jak wszystkie chłopaki. Ale na umyśle dużo wolniej.

Gienek bardzo wcześnie dowiedział się, że dzieci potrafią być okrutne. Ale ponieważ nie rozumiał, nie przejmował się tym. Przyjmował sprawy takie, jakimi w niego trafiały.

Nieważne czy trafiały jako bryła ziemi czy kamień, rzucone jakąś brudną ręką podrostka sąsiadów, czy była to kromka chleba z rąk miłej żony kowala.

Z drugiej strony, dzieciaki ze wsi bardzo szybko zorientowały się, że głupi Gienek bywa przydatny.

To Gienek był winny wszystkich ich wybryków.

Jeśli komuś we wsi stłukł się dzban albo wybito gdzieś szybę, zrobił to Gienek.

Jeśli ktoś nie dopilnował krowy na pastwisku i ta weszła sąsiadowi w szkodę, to zdecydowanie stał za sprawą Gienek – pewnie spłoszył zwierzę.

Gienek z pokorą, spokojem i obojętnością zbierał kary za przewinienia innych dzieciaków. Był doskonałym wiejskim odpowiednikiem salonowego chłopca do bicia.

A bicie było na porządku dziennym.

Dzieciaki nie szczędziły okazji do ściągnięcia na wioskowego głupka, kłopotów.

Mieszkańcy wsi, zaczęli w końcu wykorzystywać Gienka do upuszczania ciśnienia, złości i frustracji. Pewnie przecież i tak coś przeskrobał, to lanie jeśli nie teraz, to za chwilę będzie zasłużone.

Po jednej z takich wychowawczych sesji, ledwie żywego chłopca, zgarnęła z drogi żona kowala.

Opatrzyła mu rany, nakarmiła i ułożyła w stodole na sianie, żeby sen wyleczył to, czego ona już nie potrafiła.

Następnego ranka, Gienek dowiedział się, że od tego dnia będzie pracował w kuźni. Miał pomagać kowalowi i otrzymywać za to drobną zapłatę.

Oczywiście to nie był pomysł kowala, ale cóż miał do powiedzenia w obliczu argumentu siły swojej ukochanej.

Kowal był potężnie zbudowanym mężczyzną. Po zakończonej służbie wojskowej i wielu bojach, stoczonych pod różnymi chorągwiami, wrócił do swej wsi, ożenił się z młodą i (oczywiście) piękną młynarzówną i zajął się tym, czym wszyscy mężczyźni w jego rodzinie, zajmowali się od pokoleń.

Kowal był człowiekiem mądrym. Mądrością przeżytego bólu, cierpień, straty przyjaciół i leczenia ran. Mądrością obserwacji i doświadczeń.

Był cichy i pracowity, a ponieważ więcej słuchał niż mówił, szybko zyskał szacunek we wsi.

Był lubiany, nie zdzierał z sąsiadów za swoje usługi. Liczył się sprawiedliwie. Kilka razy proponowano mu posadę sołtysa, ale stanowczo odmawiał, czym z kolei zyskał także przychylność obecnego włodarza.

Ksiądz dobrodziej nie pałał do kowala sympatią. Po prawdzie, trochę się go bał,a w kościele nie widział go ani razu.

Ale skoro chłopi chętniej przychodzili po radę do kowala niż do konfesjonału, przezornie wystarał się o  zawiązanie z kowalem nitki porozumienia.

Jak sam widzisz, Gienek, zrządzeniem losu, lub opatrzności, znalazł się w centralnym punkcie życia wsi – w kuźni.

Gienek sprzątał, nosił węgiel, rozpalał paleniska, obsługiwał zwierzęta i pomagał w czym tylko mógł. Nie mógł jedynie dotykać narzędzi kowalskich. Kowal nie chciał go uczyć fachu, ale szybko docenił starania chłopaka i jego pomoc w najmniej lubianych zajęciach.

W końcu przyzwyczaił się do Gienka, tak jak łatwo przyzwyczaić się do psa pętającego się po podwórku.

Pierwsza życiowa lekcja, jaką Gienek otrzymał od kowala, dotyczyła właśnie psa.

Zdziczałe, wałęsające się po wsi zwierzę, pewnego dnia zaatakowało dziecko bawiące się nieopodal kuźni. Byłby pewnie je zagryzł, ale kowal zareagował natychmiast. Chwycił jeden ze swoich młotów i pojedynczym uderzeniem pozbawił psa kłopotów z hamowaniem agresji.

W sadzie, za kuźnią Gienek kopał dół, na psie truchło.

Kowal stał oparty o najbliższą jabłonkę i obojętnie wpatrując się w rosnący kopiec ziemi, zapytał Gienka czy rozumie, co przed chwilą się wydarzyło.

Gienek odpowiedział, że nie rozumie, ale wie, że kowal uratował dziecku życie.

Kowal mu odpowiedział, że to prawda, ale nie może być z siebie dumny, bo zabił psa. A jeśli człowiek jest zdolny do okrucieństwa wobec zwierzęcia, to ma w sobie tyle zła, że i na człowieka podniesie rękę.

Gienek zrozumiał. Tak jak umiał najlepiej. A ponieważ kowal nigdy wcześniej nie zwracał się do Gienka bezpośrednio, to te słowa zachował dla siebie jak relikwie.

Widzę, że zaczynasz ziewać, przejdę więc z opowieścią do wydarzeń, które finalnie obciążyły jedną z gałęzi kowalowej jabłonki ciałem Gienka.

Po pracy u kowala, Gienek codziennie wracał do domu pod lasem.

Tak samo, tego feralnego dnia, szedł wzdłuż drogi.

Pech chciał (lub inne licho), że stał się świadkiem wydarzeń, które wyzwoliły lawinę.

Z naprzeciwka jechał wóz, zaprzężony w dwa konie. Tak, to musiał być Kacper – parobek u Michalaka, najbogatszego chłopa we wsi. Tylko Michalak miał dwa konie.

Wóz był wyładowany po brzegi, ale konie były silne, zadbane. Radziłyby sobie z ciężarem bez większych problemów, gdyby woźnica pozwolił im utrzymywać swoje tempo. Parobek jednak poganiał je batem i szarpał lejcami na zmianę, zdenerwowany, że tak niemiłosiernie się wloką.

Zdezorientowane konie walczyły więc nie tylko z ciężarem, ale także z bezmyślnym woźnicą.

W pewnym momencie jeden z koni potknął się niefortunnie i popchnięty toczącym się ciężarem, przewrócił, łamiąc nogę.

Woźnica się wściekł. Zeskoczył z wozu, rzucając w kierunku Gienka serię bluzgów, jak gdyby to on podciął konia.

Nie przestając kląć, wyprzągł wierzgające zwierzę, kopnął ze złością, wdrapał się na wóz i ruszył.

Cierpiące zwierzę nie zareagowało w porę, przez co, tylne koło wozu najechało na jego nogę powodując kolejne złamanie.

Gienek, niemy świadek wypadków, stał z boku cały czas.

Jak sparaliżowany.

Cierpiał, jakby to jemu połamano nogi.

Nie rozumiał nic z tego, co właśnie się wydarzyło.

Czemu woźnica pozostawił cierpiące zwierzę? Dlaczego do tego dopuścił? Po co tyle bezmyślności?

Gienek czuł cierpienie konia. Patrzył w jego oczy i zrozumiał.

Znalazł duży otoczak – ledwie mieścił się w dłoni. Zbliżył się do zwierzęcia, uklęknął i objął jego głowę.

Pomagając w kuźni, Gienek dowiedział się, że końska czaszka jest bardzo delikatna i czasem wystarczy uderzenie dłonią, aby to piękne i silne zwierzę, śmiertelnie zranić.

Uniósł rękę, w której ściskał kamień. Objął mocniej głowę konia i nie odrywając spojrzenia od oczu zwierzęcia, zadał cios.

Jeden.

Skuteczny.

Zwierzę szarpnęło się konwulsyjnie, ale nie cierpiało więcej.

Trwali tak długą chwilę.

Gienek stłumił płacz. Wciąż trzymając kamień, rękawem otarł łzy.

Delikatnie wyjął rękę spod końskiego łba, zsunął powieki otwartych oczu i nie wypuszczając kamienia, wstał i ruszył powoli w kierunku wsi.

Głupi Gienek miał przewagę nad pozostałymi mieszkańcami naszej wsi.

Ponieważ niewiele rzeczy rozumiał, to te pozostałe, rozumiał doskonale.

A Kacper musiał ponieść karę.

………………..

Gienek lubił kowalowy sad. Zawsze było tam spokojnie. Można było się tam  schować przed słońcem w upalne dni i najeść jabłek do syta.

Teraz stał na drewnianym zydlu i miał zawiązany na szyi gruby sznur, przewieszony przez mocny konar starej jabłoni.

Patrzył przed siebie, spokojny, prawie pogodny.

– Pamiętasz Gienku tego psa, którego zakopałeś tu, niedaleko?

– …

– Mogłeś się swobodnie błąkać po wsi, ale ugryzłeś, rozumiesz?

Zrozumiał, że kowal znowu nie będzie z siebie dumny.

Sam wykopnął stołek, na którym z trudem utrzymywał równowagę.

Kraków, kwiecień 2019

© mojaameba.com.pl

unsplash-logozdjęcie w nagłówku: Andrés Gerlotti
Please wait...

Moja ameba Autor

3
Dodaj komentarz

avatar
1 Wątek komentarzy
2 Odpowiedzi wątku
1 "Falołersi"
 
Komentarz budzący najwięcej reakcji
Wątek budzący najwięcej reakcji
2 Autorzy komentarzy
PaskudaMoja ameba Najczęściej kometujący
  Subskrypcja  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Paskuda
Gość
Paskuda

Czytam ten tekst po raz kolejny- nie drugi, ani nawet nie trzeci… i moje odczucia się nie zmieniają, co więcej- rosną w siłę i gdyby mogły to by pewnie przybrały na wadze. Konstrukcja niezwykle udana, mierzi, bulwersuje (o tym już było), szokuje- choć… Czytaj więcej »