Strach się bać

Jestem już dużym chłopcem. Fakt, że do niedawna byłem jeszcze większym chłopcem, ale skutecznie odrabiam stracone…

Ponieważ jednak teraz jestem duży, łatwo zgadnąć, że kiedyś byłem mały.

Słodziak ze mnie był straszny. To jest przecież oczywiste. Skoro teraz jestem przeuroczy, to jako dziecko musiałem być do obrzygania słodki.

Tak niewątpliwie było.

Ciemne loczki, wielkie, orzechowe oczy i zdziwiony, choć zwykle nieco kpiący wyraz buzi. To cały ja.

Skąd ja to wiem?

Co do oczu i fryzury, to niestety zachowały się fotografie. Co do wyrazu twarzy… to przecież ludzie tak bardzo się nie zmieniają.

No nic, fajny byłem i już.

Ostatni z trójki rodzeństwa. Rozpieszczony do granic przyzwoitości (a pewnie nawet poza nimi).

Dla przykładu, przytoczę jeden z mniej dosadnych przejawów krzywienia charakteru małego Tomka.

W przydomowym ogródku, gdzieś na rabatce, pomiędzy innymi roślinami ozdobnymi, mama posadziła kilka krzaczków poziomek.

Szybko się okazało, że to nie są zwykłe poziomki, jakich wiele. O, nie.

Moja siostra ukuła slogan, który ciągnie się za mną do dziś. Podnoszony niezmiennie przez samą autorkę.

“Poziomeczki do tomusiowej dupeczki”

No cóż. Nie tylko poziomki z przydomowej rabatki były do tomusiowej…

Tomuś wpierniczał wszystko, co miało kolor czerwony. Poziomki – już wspomniane, maliny, truskawki, a nawet wiśnie – choć te, powinny przecież skutecznie zniechęcać małą paszczę, uzależnioną od słodkiego smaku fruktozy.

Faceci są wzrokowcami i to od najwcześniejszych dni.

Ja do tego stopnia reagowałem ślinotokiem na kolor czerwony, że kiedy mama zabrała mnie do pracy, żeby się pochwalić koleżankom swoim berbeciem, obgryzłem jednej z nich lakier z paznokci – lakier oczywiście w kolorze czerwonym.

No dobrze, mam nadzieję, że opis malucha wstępnie Cię rozczulił, i w końcu mogę przejść do części opowieści, która krew w żyłach mrozi nawet dorosłemu Tomkowi…

Dom mój rodzinny jest klasyczną gierkowską kostką, z przełomu lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Ma dwie kondygnacje mieszkalne i podpiwniczenie z garażem, pralnią, kotłownią i mniejszymi komórkami.

Wszystko mniej więcej normalnie. W najciemniejszym i najchłodniejszym miejscu urządzono komórkę na przetwory i warzywa. Między innymi przechowywaliśmy tam ziemniaki.

I te ziemniaki właśnie były powodem rozpoczęcia przeze mnie treningów ninja…

Piwnica, jak piwnica – zawsze działa na wyobraźnię. Jeśli oczywiście takową się ma. Ja niestety miałem za dużo.

Ponieważ czasy były barwne i nawet żarówki były towarem luksusowym, to piwnica była oświetlana “czterdziestkami”.

Przytłumione światło, nienaturalny dla domowego ogniska chłód i podświadomie, źle kojarzące się schody, po których zstępuje się przecież w podziemne czeluście.

No co tu dużo mówić, byłem przerażony za każdym razem, kiedy ktoś z dorosłych prosił mnie, żebym skoczył do piwnicy po ziemniaki, czy słoik kiszonych ogórków.

Na początku broniłem się i tłumaczyłem, że się boję. Jednak, dorośli bez sensu trzymali się wersji, że nie ma powodu do obaw. Zupełnie nie docierało do nich, że mam w tomusiowej dupeczce, czy powody są, czy też nie. Ja się bałem tej piwnicy i już.

Ponieważ jednak ego miałem już wtedy rozbuchane (pewnie tym rozpieszczaniem), uznałem, że jakoś z tematem muszę sobie poradzić. Ogórki same się nie przyniosą, a rodzice nie spieszą się z przeganianiem potworów z piwnicy.

Wiele się wtedy nauczyłem.

Nabyłem umiejętności czołgania się w górę i dół po lastrykowych schodach. Potrafiłem przyjąć barwy ścian – i choć od urodzenia mam śniadą karnację, na tę okoliczność nie miałem problemu z wtapianiem się w białe tło.

A najważniejsza zdobycz tamtych dni, to…

Wierny przyjaciel – Kij od Szczotki.

Stał wiernie za drzwiami do piwnicy. Zanim zapalałem światło na schodach, po omacku sprawdzałem, czy Kij jest na swoim miejscu. Gdy mi go ktoś przestawił, rezygnowałem z misji.

Ale jeśli był tam, gdzie należy, potwory wiedziały, że siła tym razem jest po mojej stronie.

Kij był dłuższy ode mnie. Wspierałem się na nim jak Gandalf Szary. Pomagał w odszukiwaniu kolejnych włączników światła w eksplorowanych pomieszczeniach, ale co najważniejsze…

On mnie rozumiał i nigdy nie chrzanił głupot, że nie ma powodu do obaw…


Mój Brzdąc niedawno rozpoczął ćwiczenia z czołgania.

Czołga się pod suszarką z praniem. Stara się bezszelestnie i niezauważalnie przemykać przez przedpokój, w drodze do łazienki czy sypialni.

Wspomina również, że wie, że potworów nie ma, ale ciemności psują mu humor.

W naszym przedpokoju…

Tuż za drzwiami…

Zamieszkał Kij…

Kto wie, może się zaprzyjaźnią?

Kraków, marzec 2019

© mojaameba.com.pl

unsplash-logozdjęcie w nagłówku: Daniel Lincoln
Please wait...

Moja ameba Autor

Dodaj komentarz

avatar
  Subskrypcja  
Powiadom o