Pamięć mięśniowa

Serie powtórzeń.

Te same reakcje na tożsame bodźce.

Ćwiczone i powtarzane setki, tysiące razy.

Ciało wykonuje skomplikowane sekwencje napięć i rozluźnień mięśni, zupełnie bez udziału woli.

Bezmyślnie ale metodycznie.

Automatyzm ruchu jest celem morderczych treningów.

Chodzi oczywiście o oszczędność. W tym przypadku, oszczędność czasu. Setne sekundy, których nie musisz marnować na analizę i rozsyłanie po ciele zbędnych informacji, mogą dać ci przewagę.

Dla przewagi właśnie od lat trenujesz, wykonując tysiące powtórzeń. Jak automat.

Twoje ciało ma działać jak automat. Sprawny, ustawiony z zegarmistrzowską precyzją, automat do unikania i wyprowadzania ciosów. Zakładania dźwigni, duszeń, wyprowadzania kopnięć z każdej pozycji.

Pełna świadomość środka ciężkości, który w każdej chwili wyznacza kolejność ruchów i sposób ustawienia stóp i dłoni.

Wyczuć i zareagować zanim umysł przeanalizuje sytuację. To twój cel…


6.00 – budzik wyłączony tuż przed pierwszym sygnałem.

Nie spał już od co najmniej kwadransa. Czekał na właściwy moment.

Codziennie wstaje o szóstej. Wykonuje te same czynności, w tej samej kolejności. Takie same sekwencje, wyznaczają mu poranki. Niczym nie różniące się od siebie. Nawet w weekendy, kiedy mógłby pospać nieco dłużej, jak wszyscy, którzy mogą sobie na to pozwolić. Może odespać piątkową imprezę, albo przeczekać pulsujący ból głowy po cholernej Tequilli z colą…

Nie. Poranki zawsze wyglądają tak samo.

Takie samo śniadanie, takie same ubrania przygotowane poprzedniego wieczoru. Kilka witamin, popitych wodą. Mycie naczyń. Wycieranie w białą ścierkę. Układanie w szafce nad kuchennym blatem. Przetarcie blatu. Przetarcie frontu szafki. Przetarcie zlewozmywaka. Wrzucenie ścierek do kosza na śmieci. Rozpakowanie i ułożenie na właściwych miejscach świeżych ścierek na jutro. Procedura zakończona.

Kiedyś po śniadaniu przystępował do czyszczenia butów przed wyjściem. Zrezygnował z tej czynności. To jedno odstępstwo kosztowało go kilkudniowy niepokój. Nie wiedział co ma zrobić z odzyskanymi w ten sposób pięcioma minutami.

Buty i tak były czyszczone po powrocie z pracy poprzedniego dnia.

Założył je. Kurtkę, szalik i kapelusz.

Odczekał pięć minut, stojąc przed drzwiami w przedpokoju.

Teraz jest lepiej. Zimą, kiedy kaloryfery grzały jak opętane, przez te pięć minut spływał potem. Ale teraz jest już dobrze. Kurtka też jest inna, wiosenna, cieńsza, ale również czarna.

Długa wskazówka zegara w przedpokoju drgnęła, przesuwając się nieśmiało na dwunastą.

Przekręcił zamek drzwi, nacisnął na klamkę i wyszedł zatrzaskując automatyczny zamek, zanim niespokojna czerwona wskazówka tego samego zegara, ośmieliła się dotrzeć na pozycję pierwszej godziny.

W tym momencie kończyła się bezpieczna, poukładana i oswojona część dnia.

Od tej pory niewiele dawało się przewidzieć i zaplanować. Za dużo zmiennych. Zbyt wieloelementowy czynnik ludzki, skutecznie torpeduje plany systematyzacji działań.

Powtarzalność musiała zostać ograniczona w zakresie budzącym spory niepokój. Ale przywykł do niego. Miał na to czas. Nauczył się reagować bez udziału świadomości. Automatycznie odpowiadał na pozdrowienia sąsiadów. Równie bezintencjonalnie odwzajemniał uśmiechy przechodniów. Już dawno przestał się dziwić, że ktoś w ogóle jeszcze uśmiecha się do obcych ludzi na ulicy. Nie znalazł odpowiedzi na pytanie dlaczego się uśmiechają. Po prostu przestał się temu zjawisku dziwić.

Interakcje z ludźmi zasadniczo sprowadził do odruchu wzajemności. Reagował na ludzi dokładnie w taki sposób, jak oni reagowali na niego. W ten sposób udało mu się i ten element w jakimś stopniu zautomatyzować. Od tej pory przestał uchodzić w okolicy za dziwaka. Jemu nie robiło to żadnej różnicy. Przecież nie wiedział, że wcześniej był źle odbierany.

Nawet gdyby wiedział, niczego by to nie zmieniło.

Tego rodzaju fakty ignoruje, jako czynniki zewnętrzne, na które nie ma wpływu. A one same nie mają przecież wpływu na rutynę jego dnia codziennego.

Chyba nawet ważniejsze jest to ostatnie.

Odruch wzajemności ułatwił jednak wiele kwestii.

Współpracownicy, ponieważ bardziej życzliwi od kiedy zaczął przejawiać ludzkie emocje (albo raczej oni jego reakcje interpretowali jako ludzkie emocje), zaczęli mu pomagać, ułatwiać służbowe zawiłości, wspierać, a nawet – ku jego irytacji – wyręczać w służbowych obowiązkach.

W wyniku znacznej poprawy efektywności pracy, mniej więcej po pół roku, został przedstawiony do awansu.

Grzecznie, choć stanowczo odmówił przyjęcia propozycji.

Nowe stanowisko wymagało drastycznej ingerencji w dotychczasowy grafik aktywności służbowych. Nie mógł i nie chciał sobie na to pozwolić.

Ku zdziwieniu przełożonych, bez zbędnych tłumaczeń wrócił na swoje stanowisko pracy i podjął obowiązki, pozostawione na chwilę bez jego opieki.

Odmowa przyjęcia awansu, spotkała się z niezwykle ciepłym przyjęciem wśród współpracowników.

Odtąd jako “swój chłop”, który nie ma “parcia”, cieszył się jeszcze większą życzliwością, a nawet sympatią wśród kolegów, i co ciekawe, także wśród koleżanek.

No i tu metoda wzajemności okazała swoją ciemną stronę.

Odwzajemnianie uśmiechów i  innych wyrazów sympatii, jako działanie w rewanżu za wyrazy sympatii od niektórych koleżanek, uległo niestety nadinterpretacji ze strony tych właśnie niektórych.

Doprowadziło to do sytuacji konfliktowej, której on oczywiście nie był świadom. A konflikt sam rozwinął się w pełni, ostatniej środy, w czasie przerwy obiadowej, na stołówce pracowniczej.

Jeśli nie byłeś nigdy świadkiem bójki pomiędzy dwiema paniami, o rzecz tak trywialną, jak prawo wyłączności do wyrazów sympatii przedstawiciela płci brzydkiej… to nie jesteś sobie w stanie wyobrazić zamieszek, które miały miejsce w środę właśnie, na wspomnianej stołówce pracowniczej, w czasie przerwy obiadowej.

Osiem pań w sposób niezwykle malowniczy, dochodziło swych praw metodami pierwotnymi. Nie zwracały przy tym uwagi zupełnie na takie drobnostki jak krew, łzy, smarki, ale także rozrzucone i porozrywane części garderoby, zwykle zasłaniające co bardziej strategiczne części ciał owych pań.

On i o tym się nie dowiedział, bo obiady jadał zwykle przy swoim biurku i na stołówce nie bywał.

A może gdyby jednak o sytuacji całej się dowiedział we właściwym czasie, byłby w stanie uniknąć tego, co nieuchronnie było dziełem nieporozumienia z automatyzacji wynikającym.

A było tak…

O godzinie siedemnastej trzydzieści. Punktualnie, jak co dzień. Wyłączył lampkę na swoim biurku, wstał i wyszedł z gabinetu (nie musiał już zakładać odzieży wierzchniej – siedział w niej już od dziesięciu minut, po raz drugi tego dnia doceniając niższą temperaturę i brak watowania swojej wiosennej kurtki).

Po wymianie wzajemnych uprzejmości z pracownikiem ochrony budynku, wyszedł na parking, kierując się do głównej bramy.

Gdy dłoń spoczęła na jego ramieniu, ciało bezwolnie rozpoczęło sekwencję wyćwiczonych ruchów. Delikatnie pochyliło się w przód, cofając jednocześnie lewą stopę, w płynnym półobrocie. Prawa ręka w tym czasie sama się unosiła, aby w odpowiednim momencie chwycić nadgarstek agresora. Prostując następnie kolano, przekręcić nieznacznie dłoń i zmusić go do przyklęknięcia.

To wszystko wydarzyłoby się automatycznie. Ciało wiedziało, co ma robić i w jakiej kolejności.

Napastnik jednak o tym nie wiedział i chyba nie był dość ciekawy przygotowanej serii zdarzeń.

Po wydarzeniach na stołówce (napastnik, a wtedy jeszcze po prostu kolega z pracy) uznał, że tak być nie może. Wśród ośmiu pań była także ta jedna. Jedyna, której to on postanowił ofiarować swoje względy, uczucia i plany życiowe. Zdruzgotany widokiem zasmarkanej, okrwawionej i wściekłej kobiety, postanowił poustawiać sprawy na właściwych torach.

W niewyszukany sposób zatrzymał widowiskowy półobrót swojej ofiary, prawym sierpowym wyprowadzonym od góry, prosto w obracającą się ku niemu twarz.

Sierpowy może nie byłby tak skuteczny, gdyby nie wspomniany półobrót, który zwielokrotnił impet uderzenia.

To i oczywiście kilkanaście lat rytmicznego uderzania służbowym młotem w zakładowym warsztacie kowalskim (warsztat oczywiście przez pracowników nazywany Kuźnią, w dokumentach jednak pozostawał warsztatem…). Dzięki tysiącom powtórzeń, pamięć mięśniowa jego mocnego ramienia, doskonale wiedziała jak wymierzyć skuteczny cios.

Ciało i tym razem zadziałało automatycznie, bez udziału woli, jak dobrze naoliwiony mechanizm.

Światło i świadomość zgasły.

Kraków marzec 2019

© mojaameba.com.pl

unsplash-logozdjęcie w nagłówku: Pietro Jeng
Please wait...

Moja ameba Autor

Dodaj komentarz

avatar
  Subskrypcja  
Powiadom o