Marketing pełną piersią

W dni nieszczęśliwie nazywane “roboczymi”, odprowadzam Młodego do przedszkola.

Zwykle poruszamy się pieszo, czasem Młody zasuwa rowerem lub razem jeździmy hulajnogami.

W każdym razie te nasze poranne wyprawy, działają na mnie skuteczniej niż najmocniejsza kawa.

Ponieważ młody człowieczek często w ich trakcie porusza kwestie fundamentalne, w obezwładniający sposób ustawia mi resztę dnia.

Czasem zapyta na przykład, czy wszyscy czują ból tak samo… albo skąd wiadomo, że pies to pies, skoro jest tyle różnych niepodobnych do siebie ras – no bo przecież niektóre psy bardziej przypominają wiewiórkę… To są te pytania, które wymagają ode mnie przygotowania. Nie chcę go zbywać i jeżeli nie udaje mi się od razu zaspokoić ciekawości młodego odkrywcy, to w ciągu dnia zbieram informacje, badam temat i próbuję poskładać coś, co sam byłbym w stanie zrozumieć.

Jest też inna kategoria pytań kłopotliwych. “Czemu ta pani nie ma zębów?” albo “Tato, co tu tak strasznie śmierdzi, czy coś zdechło?” – kiedy doskonale wiem, że źródłem tajemniczego zapachu, jest mężczyzna chwiejnie oczekujący wraz z nami na zmianę świateł przed przejściem dla pieszych.

Co dla mnie ciekawe, Młodego zupełnie nie zastanawiają (albo wątpliwości nie artykułuje) takie zjawiska, jak osoby o kolorze skóry odmiennym od naszego (doceń proszę, na jakie wyżyny poprawności politycznej właśnie się wspiąłem), albo osoby tej samej płci całujące się namiętnie na przystanku autobusowym (to akurat zwraca moją uwagę i wkurza, niezależnie od homo- czy hetero-płciowości badanych osobników – pozostawcie sobie intymną strefę intymności).

Wiem, że powyższe i inne zjawiska, zwracają jego uwagę, ale nie komentuje ich i nie pyta o nie… może do czasu.

Tak czy inaczej, te spacery są dla mnie bardzo pouczające. To takie moje ścieżki dydaktyczne.

Nie wiem kto z nas więcej z tego wynosi. Czy Młody, który od czasu do czasu jednak otrzyma odpowiedź na swoje pytanie, czy ja, który mam niezwykłe okazje spojrzenia na różne zjawiska oczami pięcio… no już prawie sześciolatka.

Prawie-sześcio-latek ostatnio ćwiczy intensywnie rozpoznawanie literek. Odczytuje po drodze, lub próbuje odczytać, wszystko co wygląda jak tekst: plakaty, billboardy, tablice rejestracyjne, znaki, tablice informacyjne… wszystko.

Ostatnio zastanowił go nietypowy billboard reklamowy. Zawierał wyłącznie tekst i to zwróciło uwagę i wzbudziło czujność mojego odkrywcy.

Nie dał rady odczytać napisu i poprosił o pomoc. No to pomogłem: “Powiększanie piersi”.

Już czułem niepokój.

Pytania w stylu “jak?” jeszcze są ok – z grubsza techniczny opis zabiegu załatwi sprawę.

Znacznie trudniejsze jednak są pytania “dlaczego?”.

W myślach przygotowałem odpowiedź, która uwzględniała przyczyny medyczne, uwarunkowania psychologiczne, środowiskowe, plastykę rekonstrukcyjną i kilka innych. Ale pytanie nie padło.

Ale to, że Młody nie zadał pytania, wcale mi nie ulżyło. Bo ja sam je sobie zadałem.

Tylko, że moje wątpliwości nie wynikały z tego, dlaczego kobiety chcą lub potrzebują plastyki piersi.

Mnie zastanawia, czemu klinika chirurgii plastycznej reklamuje swoje usługi w przedmiotowym zakresie na billboardach.

Tuż obok reklamy makreli w oszołomie i papieru toaletowego z kałflanda.

Ja rozumiem oczywiście, że klinika ta działa komercyjnie i żyje z klientek-klientów, których w ten właśnie sposób próbują zachęcić do kontaktu właśnie z tą a nie inną placówką.

Przy okazji jednak następuje coś niebezpiecznego. W normalnych okolicznościach, osoby zainteresowane tego rodzaju usługami medycznymi, byłyby pacjentami, a nie tylko klientami.

Wciąż przecież mówimy o MEDYCYNIE estetycznej i CHIRURGII plastycznej a nie szamponie i karmie dla kota.

Oczywiście, to o czym piszę, nie dotyczy wyłącznie tej placówki. Generalnie zjawisko jest dość szerokie. Telewizory pokazują kliniki, gdzie prawie bezboleśnie można sobie powiększyć, naciągnąć, przeszczepić, co się tylko chce i kiedy tylko się chce.

Można wyprostować nos, uwypuklić kości, unieść brodawkę…

Pomału zamiast “można”, zaczyna się słyszeć “należy”, “trzeba”, a co najmniej “wypada”.

A skoro usługę tego rodzaju można umieścić na tej samej półce sklepowej, co makrelę i papier toaletowy… no to czemu nie? Może jakiś wołczerek?

Ja jednak odpowiem Młodemu na niezadane przez niego pytanie i postaram się wyjaśnić, czemu według mnie ten billboard to jednak jest pomyłka.

Wyjaśnię również, mam nadzieję możliwie przystępnie, dlaczego z medycyny trzeba korzystać wtedy kiedy trzeba, a nie wtedy, kiedy ma się taki kaprys.

Najpierw jednak sam muszę sobie to wszystko poukładać…

… i może poprawić nos przy okazji?

© mojaameba.com.pl

unsplash-logozdjęcie w nagłówku:Charles 🇵🇭
Please wait...

Moja ameba Autor

4
Dodaj komentarz

avatar
3 Wątek komentarzy
1 Odpowiedzi wątku
3 "Falołersi"
 
Komentarz budzący najwięcej reakcji
Wątek budzący najwięcej reakcji
4 Autorzy komentarzy
Madka rokuMoja amebaDariuszBeata Najczęściej kometujący
  Subskrypcja  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Beata
Gość

Odpowiedź dotycząca powiększania piersi, i w zasadzie poprawiania czegokolwiek, jest w sumie prosta i tym się powinien kierować każdy człowiek, a mianowicie rozważyć, czy to co uważa, że trzeba zmienić, sprawi, że komfort życia stanie się diametralnie wyższy po operacji… Czytaj więcej »

Dariusz Pluta
Użytkownik

Jeden strzał toksyny botulinowej w celu osłabienia mięśni mimicznych, spłycenia zmarszczek mimicznych to 30 zł. To najniższa cena jaką znalazłem za 1 zabieg chirurgii plastyczno-estetycznej. Nie jest zatem źle lecz gdy popatrzymy na powiększenie piersi implantami silikonowymi… Czytaj więcej »

Madka roku
Gość

O jak ja dobrze znam takie pytania! Trzeba przyznać, że dzieci wymagają od człowieka wspięcia się na wyżyny elokwencji, dyplomacji i inteligencji emocjonalnej. Ja o powiększanie cycków mogę dyskutować, w sumie gorsze są dla mnie pytania w stylu:… Czytaj więcej »