Kryzys

Zacznę może od tego, że mój tato miał sporo rodzeństwa.

W związku z faktem powyższym, ja miałem sporo ciotek.

I tu zaczyna się historia, która wryła mi się w baniak na resztę życia.

Jedna z moich ukochanych cioteczek miała modną w tamtych czasach toaletkę. Klasyk, czyli niska komoda fornirowana orzechem, wybarwionym w kolorze na-ten-czas wszechobecnym. No kolor kupy, co tu dużo. Wszystko wtedy było malowane farbami w kolorze o nazwie “jasny orzech”. Ja tam wiem swoje, i z orzechem nie miało to nic wspólnego.

Fornir następnie był lakierowany na wysoki połysk, a na tym lakierze ustawione było duże trójskrzydłowe zwierciadło. Takie, że można było sobie popatrzeć na swoje potrójne odbicie, przy odrobinie wyobraźni i dobrej woli.

Zdarzało się, że rodzice musieli pozostawić mnie pod opieką wspomnianej cioteczki. Podrzucano mnie w takich razach do wujostwa i po wymianie uprzejmości, pozostawałem na następne osiem do dziesięciu godzin pod kuratelą cioci.

Ciocia była osobą niezmiernie zajętą. Prowadziła dom, robiła na drutach, czytała kolorowe czasopismo pod tytułem “Pani domu” i te pe. W związku z powyższym, mały Tomuś, większość spędzanego u cioci czasu, musiał sobie zagospodarować sam.

I tu z pomocą przyszła właśnie opisana na wstępie toaletka. Sam “gówniany” fornir potrafił dostarczyć mi rozrywki na kilka godzin. Siedziałem sobie przed komódką i wyszukiwałem, w ułożeniu słojów drewna, twarzy albo innych struktur: zwierząt, drzew i tak dalej.

Tak, fornir był niesamowity, ale prawdziwą magię odkryłem, kiedy okazało się, że boczne skrzydła zwierciadła, są osadzone na zawiasach…

Efekt jak w wesołym miasteczku.

Przy odpowiednim ustawieniu luster względem siebie, otaczało mnie nagle kilkuset Tomków, a każdy troszkę inny, z innej perspektywy. Jeśli Tomek wypadał na łączeniu zwierciadeł, to już zupełnie fantastyczne obrazy, niesamowite miny a nawet stwory wychodziły ze zniekształceń obrazu.

No ubaw, a przy tym różnych obserwacji, po pachy.

Lubiłem się bawić tym zwierciadłem. Do czasu.

Pewnego zimowego dnia, zostałem podrzucony do cioci na kilka godzin. Nic niezwykłego.

Gdy ciocia zajęła się swoimi sprawami, ja poszedłem, jak zwykle sprawdzić, czy wszystkie fornirowe obrazy pozostają na swoim miejscu.

Następnie, jak zawsze, odchyliłem nieco skrzydła ogromnego lustra i bawiłem się w wesołe miasteczko, czy, może bardziej pewnego rodzaju kalejdoskop.

W pewnym momencie, przez ułamek chwili, gdy  tomkowych odbić było naprawdę bardzo dużo…

Odbicia zrobiły z twarzą coś bardzo niezwykłego… pokazały mi język.

Trzeba Ci wiedzieć, że byłem dzieckiem dobrze wychowanym i wiedziałem, że takie zachowanie jest co najmniej nie na miejscu. Sam w życiu nie pokazałbym nikomu języka.

Toteż zdziwiłem się niezmiernie, że moje odbicia mogą być tak źle wychowane.

No i sprawa najważniejsza. Czemu one pokazują język, kiedy ja go nie wystawiłem?

Ha!

Powiesz, że to nic. Ja również byłem dzieckiem nad wiek dojrzałym (szczerze, to dziwię się, że jako czterolatek nie miałem wąsów) toteż całe wydarzenie złożyłem na karb rojeń dziecięcych. Rozłożyłem skrzydła lustra i więcej nie wróciłem do tamtego pokoju.

Nie zrozum mnie źle, ja się nie wystraszyłem. To w końcu moja gęba i mój język, ale poczułem niesmak.

Teraz mam trzydzieści… no trzydzieści sześć lat i staram się ograniczać swoje kontakty z lustrami do niezbędnego minimum.

Dzisiaj wiem, że to, co kiedyś racjonalizowałem sobie dziecięcym wiekiem i bujną wyobraźnią, to wcale nie jest wytwór wyobraźni.

Doskonale wiem, że moje lustrzane odbicie nie jest mi przyjazne i z każdym rokiem robi mi coraz głupsze numery.

No i ten niesmak. Niesmak pozostał.

To jakieś zmarszczki, których przecież nie było jeszcze wczoraj. To znowu nos coraz bardziej orli. To zakole coraz głębsze. No drażni się ze mną wredne odbicie strasznie.

Pozostałem osobą dobrze wychowaną, ale mniej praktykującą. Zatem za każdym razem, kiedy odbicie wycina mi kolejny głupi numer, nie waham się długo i od razu pokazuję mu język.

Teraz już rozumiesz, mam nadzieję, czemu jest dla mnie tak niesamowite, to moje najnowsze odkrycie.

Nowe, bo z dzisiejszego poranka.
Czekałem na niego od jakiegoś czasu. W końcu jest, znalazłem, nareszcie!

Siwy włos… Chyba chciał, żebym go zobaczył. Lśnił w świetle żarówki ledowej – jednej z pięciu rozmieszczonych nad lustrem w łazience.

Przyjrzałem mu się nieufnie. Kiedyś już jeden chciał mnie oszukać – był w brodzie ale okazał się blond, a nie srebrny.

Ten nie oszukiwał. Był taki, jak należy, srebrny, szlachetny…

Tak, to jest ten moment. Moje ciało i moje lustrzane odbicie, jednogłośnie dają mi do zrozumienia, że nadszedł ten czas.

To właśnie teraz mogę zacząć uzasadniać swoje głupie decyzje, fanaberie, rozrzutność i inne tego rodzaju duperele właśnie KRYZYSEM WIEKU ŚREDNIEGO.

Przygotowywałem się teoretycznie do tego momentu.

Już kilka chwil temu przeanalizowałem kwestię dogłębnie i wiem, że z najpopularniejszych sposobów realizacji planu kryzysowego (nowa kobieta, motocykl, nowa praca, sportowy samochód), ograniczę się do jednego.

Mam bardzo fajną żonę, więc na tym polu nie będę kombinował – piszę to nie tylko dlatego, że to czyta. Za chwilę Walentynki, to może zamiast czekoladek…

Motocykl sobie kupiłem już dawno – z przyczyn technicznych i braku garażu, mam go na odległość, ale mam, więc tutaj również nie ma co mieszać.

Nowa praca – nie będę zmieniał pracy, bo jeszcze praca postanowi zmienić mnie i zacznie się kłopot.

Co zatem pozostało?

Tak właśnie!

Sportowy samochód!

Jak napisałem, przygotowałem się do tematu teoretycznie, ale również analitycznie.

Łeb jak sklep i nie tylko po to, żeby siana w rękach nie nosić, więc policzyłem.

Kredyt, przychody, opłaty stałe, koszty planowane, koszty nieplanowane (tak ryczałtem), ubezpieczenia, fundusze i kilka innych.

W każdym razie wyszło mi, że stać mnie, owszem, na sportowy samochód… może jeden z tych tutaj:


Tak, wiem. To byłby straszny suchar. Byłby – gdyby to nie był fakt.

W związku z powyższymi wyliczeniami i w zgodzie ze zdrowym rozsądkiem, wyrwałem siwy włos, pierwszy, tak bardzo oczekiwany.

Ogłaszam wobec powyższego, że na kryzys średniego wieku mnie po prostu nie stać, więc chcąc nie chcąc, pozostaję młodym, naiwnym sztubakiem do odwołania lub spłaty kredytu hipotecznego.

Kraków luty 2019

© mojaameba.com.pl

Zapraszam jeszcze szanownych Państwa do wysłuchania tej przepięknej antyszanty o przemijaniu. Polecam szczególnie panom walczącym z kryzysem…

unsplash-logoZdjęcie z nagłówka: freestocks.orgunsplash-logozdjęcie wymarzonych aut sportowych: Karen Vardazaryan

Please wait...

Moja ameba Autor

4
Dodaj komentarz

avatar
3 Wątek komentarzy
1 Odpowiedzi wątku
3 "Falołersi"
 
Komentarz budzący najwięcej reakcji
Wątek budzący najwięcej reakcji
4 Autorzy komentarzy
DariuszMoja amebaMadka rokuBeata Najczęściej kometujący
  Subskrypcja  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Beata
Gość

No tak, lustra potrafią być wredne. A co do siwizny, mój pierwszy siwy, pojawił się w wieku 29 lat!! Wyrwałam dziada i o dziwo to była dobra metoda, nie rozsiały się 🙂 Minęło parę lat, więc oczywiście jest ich trochę,… Czytaj więcej »

Madka roku
Gość

Cudowne! A poza tym jeden siwy włos starości nie czyni. Jak już ich będzie dużo, to też można się opisywać jako “nobliwy gentleman o posrebrzonych skroniach”. I git. Szalenie seksowne. Piszę to nie tylko dlatego, że zbliżają się walentynki,… Czytaj więcej »

Dariusz Pluta
Użytkownik

Ooo, takich sprzętów tajemniczych i nie tylko na wysoki połyski w starych domach było wiele. Ja mile wspominam magiel ręczny który maglował pościel. I proszę nie mylić tego urządzenia z wyżymaczką. Hipnotyzował mnie tak długo, że wiedziony siła wyższą w wieku lat… Czytaj więcej »