Czasem cisza

Pamiętaj, że cisza nie jest przeciwieństwem dźwięku. Jest jedynie jego brakiem. Czasem nawet, może być kontynuacją dźwięku. Albo przerwą, akcentującą to, co usłyszałeś przed chwilą, albo to, co nastąpi po niej.

Tak, by dźwięk wybrzmiał z właściwą mocą.

Jest jednak taki rodzaj ciszy, który nie jest pauzą, wyznaczającą krótszy lub dłuższy okres bez dźwięku. Nie jest pauzą, dającą nadzieję, na jeszcze.

Taka cisza, która jest implozją dźwięku. Zjawiskiem pochłaniania dźwięku. Wysysania go z przestrzeni, świadomości, pamięci.

Uczucie straty towarzyszy nam naturalnie.

Odchodzą bliscy, kochani, rozstajemy się, czasem na zawsze, bezpowrotnie.

Mówi się, że czas leczy rany. I to prawda. Czas potrafi zabliźniać rany, wygładzać blizny i ma moc płowienia wspomnień. Jak na starej fotografii wystawionej na długie działanie promieni słonecznych. Kolory blakną, by w końcu pozostawić zżółkły, powyginany starością kartonik z delikatnie zasygnalizowanymi konturami uśmiechniętych osób.

To jest sposób, w jaki czas leczy nasze rany. Zacierając wspomnienia. Usuwając szczegóły z pamięci. Te drobne, a tak ważne elementy, które sprawiały, że to właśnie ta osoba była dla nas tak ważna.

Mam stary sweter. Co można więcej na jego temat napisać. Wszystko zostało już zdefiniowane.

Jest stary, a ja go wciąż mam. Bo to jest właśnie TEN sweter.

Nie jakiś akryl, czy hodowlany poliester. Mój, stary, gruby, ciepły, wełniany sweter.

Nie miałem go na sobie od lat, ale świadomość, że leży na półce w szafie sprawia, że czuję się ciepło i bezpiecznie, ukojony samą świadomością tego, że on tam sobie leży. Że jeśli będę go potrzebował, to on tam na mnie czeka i w każdej chwili może mnie ogrzać i znowu będzie mi dobrze.

Są takie dźwięki, które towarzyszą nam od najwcześniejszych chwil. Zanim się jeszcze urodzimy, to one już nas otulają.

Bicie serca, oddech, w końcu głos.

Od początku prowadzi nas bezpiecznie przez szczenięce lata. Uczy wszystkiego, co jest nam potrzebne, uspokaja. Czasem wzburzony, wskazuje granice. Uczy, czego nam nie wolno, co jest dla nas niebezpieczne.

Ten głos daje nam rady, wspiera i pokazuje drogę. Towarzyszy nam i wierzymy, że zawsze będzie z nami.

Pewnego dnia odlatujemy z rodzinnego gniazda. Pewni siebie, odważni i spokojni, bo przecież głos nauczył nas wszystkiego, co było potrzebne.

A poza tym, on przecież zawsze jest. Można zadzwonić, zapytać, posłuchać tylko po to, żeby odzyskać spokój, ciepło i poczucie bezpieczeństwa. Kochany, ciepły i bezpieczny.

Nastała cisza.

Na początku, faktycznie sądziłem, że to tylko brak dźwięku. Przecież mam go w pamięci. W każdej chwili mogę go sobie przywołać, odświeżyć i będzie prawie jak kiedyś.

Jeśli będę potrzebował się ogrzać, to przecież wystarczy sięgnąć po ukochany sweter…

Ale czas… Postanowił, sam, zupełnie za moimi plecami, powoli i cichcem, odwiązać koniec włóczki. Pomalutku i delikatnie, tak, żeby nie wzbudzić mojej czujności albo nie burzyć mojego poczucia bezpieczeństwa, zaczął pruć moją pamięć.

To, co tak długo było dla mnie oczywiste, że jest, że jest takie, jakie zapamiętałem, i że w każdej chwili mogę po to sięgnąć, z biegiem czasu, coraz mniej jest.

Dźwięki, które miały tak ogromny wpływ na to, kim jestem i jaki jestem, są mi sukcesywnie odbierane.

To jest właśnie implozja, zjawisko pochłaniania dźwięku i wspomnień.

Kraków, luty 2019

© mojaameba.com.pl

unsplash-logozdjęcie w nagłówku: Adrien Olichon
Please wait...

Moja ameba Autor

Dodaj komentarz

avatar
  Subskrypcja  
Powiadom o