wyrób czekoladopodobny

Historia z czasów “Zemsty Reagana” 1, kostkowanej modeliny, pakowanej w pomarańczowy papier z napisem “Wyrób czekoladopodobny Magnolia” lub “Wyrób z masy tłustej”, albo po prostu, z czasów do-niczego-niepodobnych.

Rzeczy były tylko pozornie tym, na co wyglądały.

Chociaż nie brakowało również tych, które były boleśnie dosłowne i nic nie łagodziło ich socrealnych szarości, palety khaki i dokuczliwego uczucia braku.

Brak, dajmy na to, papieru toaletowego, można było sobie rekompensować dostępem do popularnej Trybuny Ludu. Farba drukarska, co prawda nieco farbowała, ale miękkość papieru, sprawiała, że drobne niedogodności można było puścić mimo.

Z kolei powszechny dostęp do octu spirytusowego zaowocował wybuchem poradników kucharskich w temacie marynowania wszystkiego, co obywatele mogli zorganizować lub wyhodować we własnym ogródku.

O tak, obywatele radzili sobie jak mogli. Ubrania przeszywano po pięć razy, na każde kolejne dziecko. Niezależnie od płci pacholąt, by na końcu stworzyć ze ścinków, gustowną spódnicę “midi”, dla przedsiębiorczej pani domu.

Czasy przedpłat, książeczek oszczędnościowych, talonów, kartek i sklepów dla wybranych i zasłużonych przedstawicieli społeczeństwa. 2

Realizm socjalizmu, skutecznie spuentował teoretyczne dywagacje na temat komunizmu i jego komunałów. Ale o tym sza, towarzysze, bo mimo wszystko wciąż Duży Brat patrzy.

Patrzył nieufnie, bo i wśród rodzeństwa kochanego, nasza Polsza była dość krnąbrną siostrzyczką. Niby w Bloku ale nie jako jedna z republik. Niby pod “patronatem” ale jednak krew Lachów wciąż w niej bulgocze.

Krew Lachów…

Zbyszek Lach, uczeń klasy maturalnej Technikum Mechanicznego, miał pomysł na siebie, na przyszłość i na najbliższe dwa tygodnie.

Po szkole wojsko – na komisji kategoria A – czekała na niego, zanim się na niej stawił.

Po wojsku politechnika w Gliwicach, praktyki w kopalni rydułtowskiej – wujek już obiecał, że miejsce dla niego czeka. Jeśli studia pójdą dobrze jest szansa na lepszą posadę.

Wiadomo… kopalnia, stanowisko… sklepy z żółtymi firankami, pralki, talony – ale przede wszystkim paszport…

Musi działać powoli i cierpliwie. Ale w końcu ucieknie do RFN-u albo nawet do Ameryki.

Taki plan na następne dziesięć lat, ale na razie sprawy pilniejsze.

Z Kryśką spotykali się od roku. Uczennica klasy maturalnej IV Liceum Ogólnokształcącego. Rok młodsza od Zbyszka.

Poznali się na prywatce organizowanej przez Witolda, brata Krysi.

Zaiskrzyło od razu, choć nie tak, jak można by się spodziewać w tego rodzaju historiach.

Zbyszek poczuł impuls elektryczny, gwałtownie rozchodzący się po ciele i powracający pulsowaniem w okolicach lewego policzka.

To w tym punkcie skupił się ich pierwszy kontakt fizyczny.

Tuż po tym, gdy “niechcący” Zbyszkowi obsunęła się ręka, która do tej pory bezpiecznie spoczywała na Krysinych plecach, w czasie niespiesznego przestępowania z nogi na nogę do melodii “Put your head on my shoulder” Paula Anki.

Samo przyjęcie przez Krysię zaproszenia do tańca przy tej melodii, zostało przez Zbyszka zinterpretowane jako przyzwolenie, ba, może nawet zachęta do większej poufałości.

Interpretacja, choć być może była słuszną, to jednak sama poufałość została stanowczo i dotkliwie ograniczona.

Twarz bolała, ale Zbyszek mimo wszystko się uśmiechnął.

Krysia umieściła  Zbyszkową rękę na powrót w bezpiecznej strefie swoich drobnych pleców. A Paul Anka chyba nawet nie zauważył incydentu, nad którym wszyscy przeszli do porządku dziennego.

Kino, kawiarnia, spacery, żarty Witka, a z czasem również nieco większa swoboda w zakresie poufałości, sprawiły, że oficjalnie, od kilku miesięcy, Zbyszek i Krystyna byli parą.

Co tylko potwierdza tezę, że właściwie stawiane granice, wbrew pozorom łączą, a nie dzielą.

Mógłbym oczywiście opisać teraz zmagania Zbyszka z przygotowaniami do obrony pracy dyplomowej, a następnie matury.

Mógłbym przedstawić wspólne przygotowania do egzaminu z matematyki.

Ha! Mógłbym nawet się pokusić o fantazyjne przedstawienie ich pierwszych kontaktów, nazwijmy to, intymnych. Ale wtedy przestałyby być intymne, nieprawdaż? Prawdaż – sam sobie odpowiem.

Nie zrobię tego. Raz dlatego, że to nie nasza sprawa, a dwa – nie umiem pisać i rumienić się jednocześnie.

Opowiem Wam natomiast o Witoldzie, przyjacielu Zbyszka i bracie Krystyny.

Zbyszek dowie się tego dopiero po latach, ale my już wiemy…

Za sprawą Witka właśnie, ucznia piątej klasy technikum mechanicznego, kolegi Zbyszka, ze szkolnej ławy…

Zbyszek musiał zrezygnować z planów emigracyjnych. A przynajmniej, został skutecznie przekonany do wstrzymania ich realizacji do czasu odwilży i zmiany ustroju.

Przekonania w tym temacie bynajmniej, nie nabrał w trakcie rozmowy ze swoim przyjacielem, ani z dziewczyną, którą z resztą planował zabrać ze sobą za wielką wodę a przynajmniej za żelazną kurtynę.

Zbyszek został zmotywowany do zachowania wierności Ojczyźnie Matce, w trakcie spotkania z eleganckim człowiekiem w średnim wieku.

Spotkanie miało miejsce w biurze, na drugim piętrze lokalnej komórki Komitetu Wojewódzkiego jedynie słusznej…

Elegancki mężczyzna w średnim wieku, siedząc za absurdalnie dużym biurkiem (jak na niewielkie wymiary pomieszczenia), wyjaśnił w kilku słowach Zbigniewowi, że owszem, po szkole średniej, czeka na niego zasadnicza służba wojskowa, ale o studiach, praktykach w kopalni a co najważniejsze, paszporcie, może zapomnieć.

Zbigniew opuszczając gmach, który w nie tak znów odległej przyszłości stanie się gminną biblioteką, sam nie był w stanie ocenić. Nie był pewien czy ból głowy wynika z właśnie przed chwilą przetrąconych nadziei, planów i obietnic, czy z ilości biernie wypalonych papierosów marki Klubowe, które wciągał niechcący z każdym oddechem w gabinecie na drugim piętrze.

Wielkie było zdziwienie Zbigniewa, bo przecież nikomu o swoich planach nie wspominał…

Prawie nikomu.

Pewnie jesteś ciekawy, co też skłoniło Witolda do tak haniebnego czynu. Do zdrady kolegi, do pogrzebania marzeń, do złamania ducha i zniszczenia przyszłości przyjacielowi.

Odpowiedź jest prosta.

Witek był gnidą.


Mam nadzieję, że zdajesz sobie sprawę, że powyższa historia została zmyślona. Ja jednak zdaję sobie również sprawę, że zupełnie niechcący, mogłem opisać wydarzenia mniej lub bardziej faktyczne – bo i palaczy w gabinetach urzędów nie brakowało, a i gnidy zdarzały się równie często, co i dziś.

Jeśli więc ktoś odkrył w opowieści czyjąś historię, to nie, nie było o nich. To na pewno nie była ta Krystyna ani ten Zbyszek, a wszystkich Witoldów przepraszam za pomówienie.

© mojaameba.com.pl

Zdjęcie w nagłówku zapożyczone ze strony

Please wait...

  1. Wyrób seropodobny z czasów PRL

  2. Na Śląsku funkcjonowały sklepy dla górników – tzw. Sklepy za żółtymi firankami, skutecznie oddzielającymi ciekawskie spojrzenia od towarów luksusowych, jak pralki, mięso, cukier, alkohole czy cokolwiek innego (właściwie wszystko poza octem można było uznać za towar luksusowy). Potem można było odkupić od górnika takie fanty – jeśli górnik miał dobry humor i nie potrzebował dodatkowej pralki czy roweru.

Moja ameba Autor

Dodaj komentarz

avatar
  Subskrypcja  
Powiadom o