Znaki

„Rok 1647 był to dziwny rok, w którym rozmaite znaki na niebie i ziemi zwiastowały jakoweś klęski i nadzwyczajne zdarzenia.

Współcześni kronikarze wspominają, iż z wiosny szarańcza w niesłychanej ilości wyroiła się z Dzikich Pól i zniszczyła zasiewy i trawy, co było przepowiednią napadów tatarskich.”

Tak oto zaczyna się Trylogia Henryka Sienkiewicza naszego drugiego w kolejności noblisty.

Wykorzystam jego znaki bowiem nigdy nie wróżą czegoś dobrego, również w tym roku.

Mieszkam w europejskim mieście średniej wielkości. Miasto to ma wiele wyróżników a jednym z nich jest liczba przydrożnych znaków około 60 sztuk na 1 kilometr drogi.

Są one zazwyczaj czytelne lecz ich mnogość wprawia mnie w zakłopotanie.

Znaki informacyjne, zakazu, ostrzegawcze, nakazu, kierunku i miejscowości rozpoznaję intuicyjnie lecz gdy staję w pobliżu zakazu zatrzymywania się lub postoju ze strzałką to głupieję.

Decyzja zależy od tego jak bardzo mi się spieszy i jak długo będę parkował.

Chwytam się myśli, że może dziś uda się sztuczka z niewidzialnością (dlatego nie myję karoserii).

Zamiast wypatrywać na niebie pierwszej gwiazdy ja szukam znaku B-36.

Zdarza się jednak gdy jadąc poza moje miasto bezwiednie liczę mijane ekrany dźwiękochłonne, zapominam o wszelkich znakach.

Nie jestem bez winy więc oburącz biję się w piersi i przyznaję, że nieznacznie przekraczam prędkość.

Profesjonalnie i zgodnie z regułami, zostaję zatrzymany przez patrol.

Mój pierwszy raz z funkcjonariuszem rozpoczął się jak się później okazało od podchwytliwego pytania, na które nikt nie zna właściwej odpowiedzi.

Dosłownie nikt, dlatego jest takie podchwytliwe.

Dokąd się panu spieszy, panie kierowco?

Pytany już wielokrotnie, spuszczam głowę aby z moich oczu przypadkiem nie odczytał wulgarnej odpowiedzi, która ciśnie mi się na usta. Milczę jak uczniak zapytany o przebieg II wojny punickiej. Przyjmuję mandat i tutaj następuje rzecz, którą łatwo przeoczyć, a która jest niezwykle dla nas istotna.

Frustracja nie pozwala racjonalnie myśleć.

Otrzymany przed chwilą druk mandatu karnego o wymiarach 107×150 mm wrzucam do schowka.

Dopiero w mieszkaniu dostrzegam na blankiecie adres i konto Pierwszego Urzędu Skarbowego w Opolu przy ulicy T. Rejtana 3B.

Amerykanie mają swoją strefę 51 w stanie Newada, Szkoci potwora z Loch Ness, Rosjanie moskiewskie metro a my mamy Pierwszy Urząd.

Czemu dziesiątki, setki i tysiące mandatów trafiają właśnie tam? Mam nadzieję wyjaśnić tę sprawę zanim służby zapukają do mych drzwi.

Tymczasem zbieram informacje o stolicy polskiej piosenki. Ustaliłem na przykład, że na wyspie Pasieka położonej zaledwie 2,5 km od urzędu stoi jak gdyby nigdy nic 35 metrowy silos rakietowy z zewnątrz obłożony cegłą.

Przylega on bezpośrednio do budynku Urzędu Wojewódzkiego w Opolu przy ul. Piastowskiej 14.

Budynku równie tajemniczego i mrocznego jak wspomniany silos. Został on oddany do użytku w 1934 roku jako modernistyczny ośmiokondygnacyjny gmach regencji opolskiej.

Jak to możliwe, że właśnie oba te budynki ocalały podczas II wojny światowej z zamienionego w twierdzę miasta? Czyżby 1 Front Ukraiński cudownie ocalił Opole podobnie jak Kraków ??

Nie chcę odciągać poszukiwaczy bursztynowej komnaty od ich działań i wskazywać im nowe tropy, jednak z przekory napiszę, że idąc od dworca PKP należy kierować się na jeden z mostów na Kanale Młynówka.

To zaledwie kwadrans spaceru, lecz głód jest złym doradcą w każdej sytuacji. Może warto rozejrzeć się za szybką przekąską.

Przy jednym z nich, Moście Groszowym (zielonym mostku) zlokalizowana jest otoczona sławą wykraczającą poza piastowski gród naleśnikarnia.

Naleśniki, francuskie crepes, meksykańskie tortilla, danie serwowane w wielu krajach są dobrym rozwiązaniem dla ludzi głodnych.

Upiekłem w życiu tysiące naleśników które pieczołowicie zwijałem zgodnie z ich łacińską nazwą (crispa, co oznacza “zrolowany”).

Nadzienie zależne od potrzeb a to słodkie a to wytrawne. Ja preferuję te ostatnie.

Jeżeli nie mam czasu na przygotowanie farszu dodaję do ciasta naleśnikowego ziół i oto mam proste danie. Gdy jednak w pośpiechu dnia codziennego, odnajdę w lodówce jaja, wędlinę i żółty ser, jestem kucharzem z uśmiechniętą gębą.

Piekę naleśnika z jednej strony i nie podrzucam go wprawnym ruchem aby go obrócić, bowiem sztuka ta zazwyczaj kończy się niepowodzeniem. Zatem obracam go delikatnie i zaczynam przyspieszać. Moje ruchy dotychczas powolne stają się szybkie i zautomatyzowane, jak przy pracy na taśmie produkcyjnej.

Rozsmarowuję na upieczonej stronie roztrzepane jajko, kładę dwa plastry szynki, posypuję tartym serem i składam naleśnika na pół. Wierzch smaruję odrobiną masła.

Po cóż ten pośpiech?

Tajemnica tkwi w jajku.

Jeżeli jest płynne i lekko ścięte to ZNAK, że znowu mam dobry obiad.

Opole, styczeń 2018

© mojaameba.com.pl

unsplash-logoZdjęcie w nagłówku: Claudia Crespo
Please wait...

Dodaj komentarz

avatar
  Subskrypcja  
Powiadom o