Niech żyje bal

Bo to życie to bal jest nad bale…

Ty? Bal? Skąd taki pomysł? – Zapytacie.

I słusznie. Pomysł nie był mój, a zaproszenie przyszło znienacka. I do Nienacka powinno było wrócić nieotwierane, ale do tego jeszcze dojdziemy.

Czarna, matowa koperta ze srebrną kaligrafią. Myślę sobie, znowu jakiś Kruk czy inny Jubitom, chce mi sprzedać kolczyki dla żony. Odłożyłem więc nieotwartą reklamówkę na półkę.

Trafiłem jednak w dziesiątkę, bo właśnie żona kopertę zinterpretowała dokładnie tak samo, tylko nie odłożyła jej, a rozpieczętowała, celem wskazania mężu swemu właściwej pary do zakupienia.

Nie wiem, co dokładnie wymalowało się na licu mej ślubnej. Coś na przecięciu rozczarowania, zaskoczenia i podejrzliwości. Już bowiem wiedziała, że kolczyki trzeba będzie wskazać jakoś inaczej.

Ale zaproszenie na bal?

To jak zaproszenie na prezentację garnków, z której to wraca się z umową kredytową na dwadzieścia osiem tysięcy i kamerką samochodową w “gratysie”.

Głupi wszak nie jestem, ślubna tym bardziej. Zaproszenie wróciło do koperty, koperta wylądowała… a nie. Zaskoczyła mnie małżonka. Już sądziłem, że wyrzuci, ale nie. Koperta została odłożona na półkę.

Hmmm – pomyślałem.

Czyli, że jednak grunt jest podatny. Jakaś głęboko skrywana tęsknota za ostrym imprezowaniem w balowej sukni i smokingu. Może nawet ze mną – pomyślałem.

Może więc należy sprawę przemyśleć dokładniej? Czasem przecież wyjście naprzeciw skrywanym pragnieniom, przynieść może nieoczekiwane profity. Nie tylko “gratys” w postaci kamerki, czy kubka termicznego bez uszczelki…

Odczekałem chwil kilka, aż temat przyschnie i wraz z czarną kopertą i telefonem udałem się do drugiego pokoju, aby rozwikłać “Tajemnicę Czarnej Koperty”.

Zaproszenie było oczywiście podpisane. Nie wspominałem o tym wcześniej, bo równie dobrze mogło nie być podpisane – tyle mówił mi ów podpis. Jakieś Towarzystwo Krzewienia czegoś i jakiegoś Dziedzictwa…. Może nawet narodowego. Nie znam, nie próbowałem. Może to i jadalne ale z nowinkami wolę ostrożnie.

Prosili o potwierdzenie przybycia. Był numer telefonu. Dzwonię.

Odbiera miły, damski, przyjemnie aksamitny głos – taka trochę przepita śpiewaczka jazzowa.

Podwójnie zostałem zaskoczony. Spodziewałem się automatu, który przez najbliższe dwadzieścia minut będzie mi referował składowe części klawiatury mojego telefonu, przypisane do różnych opcji centralki telefonicznej.

A tu proszę, głos i do tego tak przyjemnie wibrujący w czaszce.

Głos powtórzyła “proszę” i “halo” trzy razy, zanim wyszedłem ze stuporu,w który wpadłem w pierwszej chwili.

Ja też musiałem powtórzyć pierwsze słowo dwa razy, bo zaschło mi w gardle i sam nie słyszałem tego, co mówię.

Jakoś poszło. Głos okazała się profesjonalistką i wyjaśniła mi, że wszystko się zgadza i jestem na liście gości zaproszonych na doroczny bal karnawałowy, wraz z osobą towarzyszącą.

Nie wiem dlaczego, poczułem się w obowiązku poinformować Głos, że mowa o małżonce mojej, żeby była jasność – to pewnie przez tę jej chrypkę.

Mieszkam w Krakowie wystarczająco długo, żeby w takich okolicznościach prawe oko samo się nieco przymrużyło, a oka właściciel zadał podejrzliwie pytanie: “a ile mnie to będzie kosztowało?”

Zapadła cisza, a ja od razu poczułem dziwne swędzenie sumienia. Jak mogłem podejrzewać o jakieś ukryte motywy kogoś, kogo natura, geny albo skłonność do przetworów tytoniowych, obdarzyły TAKIM głosem…

O ja, niegodziwy.

Oczywiście, udział w balu nie wiąże się z wpłatą żadnego wpisowego, w czasie balu także nie będą zbierane żadne datki, a sam bal nie ma przecież charakteru komercyjnego.

Wyczułem w chrypce delikatne wibracje urazy.

To już nie zrobiło na mnie tak dużego wrażenia. Byłem za bardzo skonsternowany, żeby się przejmować urażonym głosem pani po drugiej stronie lustra.

Czego zatem ode mnie chcą?

Nigdy nikt nie zapraszał mnie nawet na prezentację garnków. Sam tylko raz brałem udział w balu i zdecydowanie nie były to okoliczności, z którymi “nie wiąże się wpłata żadnego wpisowego”.

Jeśli do tej pory czułem się nieswojo, to teraz zaczęło mnie mdlić.

Zadałem sakramentalne pytanie.

Co skłoniło organizatorów balu do umieszczenia mnie na swojej liście gości?

Bo widzi Pani, bal jest doroczny, a ja nie byłem dotąd brany pod uwagę przy dobieraniu gości na tę szacowną listę. Cóż więc się stało, że w tym roku dostąpiłem zaszczytu?

W myślach przejrzałem pokaźny katalog moich osiągnięć z ostatniego roku.

No, tak. Zupełnie niczym nie zasłynąłem. Może jedynie tym, że jako jedyny niczym nie zasłynąłem. Sądzę, że w tej kategorii mogę być wybitny. Ale to przecież nie jest powód do zapraszania ludzi na darmowe balety z wyżerką (jak mniemam).
– Ależ Panie Krzysztofie, na początku zaskoczył mnie Pan, ale teraz już zupełnie nie wiem, co mam sądzić o naszej rozmowie. Przecież spotkamy się na balu już piąty raz, a Pan sobie żartuje ze mnie tak niewybrednie.

Zdębiałem.

No tak, żartuję niewybrednie. To rzeczywiscie do mnie podobne. Ale tylko to się zgadza. Reszta powoduje u mnie pulsujący ucisk w skroni, coraz bardziej przybierający na sile.


– Raczy Pani wybaczyć, ale jednak nastąpiła pomyłka. Ja, owszem, nazywam się Krzysztof Karylewicz i adres na zaproszeniu również jest mój. Ale zapewniam Panią, że nie bawiliśmy się razem na żadnym balu. Co więcej, ja od ośmiu lat na żadnym balu nie byłem. Nie licząc kilku wesel w rodzinie – ale tam o krzewieniu kultury i dziedzictwa narodowego ciężko mówić. W związku z powyższym proponuję przesłać zaproszenie do właściwego Krzysztofa Karylewicza, bo zgaduję, że będzie zawiedziony, że w tym roku nie otrzymał zaproszenia na wspólny bal karnawałowy.

Głos ze smutkiem potwierdził, że w takim razie faktycznie musiała zajść jakaś pomyłka, że przeprasza i dziękuje i w ogóle.

Ponieważ wszystko wróciło na właściwe tory, a ja na swoje miejsce w szeregu, odzyskałem rezon i również z krakowską swadą zapytałem:

– Czy zaproszenie jest nadal aktualne, czy mam je uznać za niebyłe?

Tym razem gra toczyła się już na moim boisku i czułem, że zbiłem Głos z tropu.

Po chwili milczenia, usłyszałem aksamitne, altowe:

– Ależ otrzymane zaproszenie jest jak najbardziej aktualne. Pomyłka pozostaje po naszej stronie, ale przecież zaproszenie to zaproszenie…

I teraz poczułem się królem życia!

Pierwszy raz stoję przed taką okazją.

Nikt mi już nie odbierze tej chwili triumfu.

– To ja, proszę Szanownej Pani, bardzo serdecznie dziękuję za TO zaproszenie. Skoro nikt mnie tam nie chce, to ja nie potrzebuję Waszej łaski. Dobrego dnia.

Jeszcze wciskając czerwoną słuchawkę, czułem się spełniony.

Ale kiedy odwróciłem się w stronę wejścia do pokoju…

Ona tam stała…

Nasze spojrzenia się skrzyżowały…

I ja już wiedziałem.

To jednak mogła być pochopna decyzja z mojej strony.

Podszedłem do półki, zdjąłem katalog Kruka i zapytałem

– To które kolczyki tak Ci się podobały, Kochanie?

1

© mojaameba.com.pl

unsplash-logozdjęcie w nagłówku: rawpixel
Please wait...

  1. Wszystkie postaci, jak i sama historia, są oczywiście zmyślone. Gdzieżbym tam odmawiał takiej okazji…

Moja ameba Autor

1
Dodaj komentarz

avatar
1 Wątek komentarzy
0 Odpowiedzi wątku
1 "Falołersi"
 
Komentarz budzący najwięcej reakcji
Wątek budzący najwięcej reakcji
1 Autorzy komentarzy
Madka roku Najczęściej kometujący
  Subskrypcja  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Madka roku
Gość

Wiem, że mało to odkrywcze i wnoszące do dyskusji, ale chciałam tylko dać znać, że bardzo mi się podoba i czytam sobie już kolejne opowiadanie z ogromną przyjemnością! Fajny styl 🙂