O modalnościach słów kilka

Zacznijmy od tego, że lepiej jest. Jest dobrze. No, prawie świetnie. A przynajmniej nie jest beznadziejnie.

Nie lubię mówić i pisać o polityce. I tym razem postaram się nie wchodzić w to bagno… za głęboko…

Zakończyły się właśnie wybory do samorządów. I nasi nie przegrali! Nasi również nie wygrali. Nasi nie wystartowali w wyborach.

To nie jest ważne. Ważne, że ONI nie wygrali!


Ha, jakie to nasze, prawda? Panie Boże, spraw, by sąsiadowi zdechła krowa.

No i sprawił… ale nie do końca.

Ta krowa podupadła na kondycji, ale nie zdechła.

W dużych miastach PIS przegrał wybory prezydenckie.

W sejmikach poszło im lepiej.

Prezes ogłasza sukces. Wierchuszka PSL ogłasza, że nie będzie randkować z PISem. A teren-PSL już pudruje nosek i zakłada seksowną bieliznę.


Naród oczywiście podzielony.

Jedni zachwyceni, bo dali prztyczka w nos władzy.

Inni zadowoleni, bo władza otrzymała poparcie.

Wszyscy zadowoleni… No może z małymi wyjątkami.

Ale generalnie sukces głoszą wszyscy, jednocześnie tłumacząc przeciwnikom, jak sromotną klęskę ponieśli.

A nie mówiłem, że jest prawie świetnie? Wszyscy mają powód do świętowania. Każdy ma swój kawałek tortu. Każdy odniósł moralne (choć gra ta przecież z moralnością nie ma nic wspólnego), ale jednak zwycięstwo… Na jakimś tam placu boju i z pewnej perspektywy.

To prawda, że trzeba się wspiąć na wyżyny talentu relatywistycznego, żeby wszystkim jednocześnie przyznać laur zwycięstwa, ale tym razem nie mam z tym większych trudności…

Z drugiej strony… Klęska aż piszczy z zachwytu, bo ona też przecież ma swój moment.

Są przegrani, można ich wymienić z nazwiska, ale przecież to nie były wybory nazwisk, tylko opcji. Tak, wiem, krzyżyk stawialiśmy przy nazwiskach, ale po co się oszukiwać.

Jak dla mnie te wybory do samorządów to pasmo sukcesów… i kilku porażek. Lub jak kto woli, samych porażek i kilku spektakularnych sukcesów.

Największy sukces to frekwencja i na tym zakończę tę modalność.

Oby najbliższe wybory parlamentarne cieszyły się podobnym zainteresowaniem bo może się okazać, że wybory samorządowe mogą stracić sens przy możliwej utracie samorządności…


Nie lubię obrad komisji – wszelakich.

Nie lubię również komisji w sprawie “afery Amber Gold”. Muszę się jednak przyznać, że spotkanie komisji z panem Tuskiem stanowiło dla mnie pewną rozrywkę.

Nie będę nawet próbował oceniać treści, implikacji i wyciąganych wniosków. Bo nie doszukałem się żadnych sensownych wniosków.

Jeden nie wiedział choć powinien. Jeśli wiedział, to nie powiedział.

Drugi powiedział ale nie temu, co trzeba.

Inni ciągnęli temat bez specjalnego zaangażowania, bo przecież nie za swoje.

Kolejni sprawy nie załatwili, choć poprzednim zarzucają, że sprawy nie załatwili.

Wszyscy wałkują, że ktoś inny sprawę powinien był załatwić… A sprawa pozostaje wciąż niezałatwioną.

Zatem ciągną ten niezałatwiony temat, bez specjalnego entuzjazmu, bo przecież nie za swoje.

A zatrzymanym w sprawie – bo nie oskarżonym, już należy się dodatkowe odszkodowanie. Odszkodowanie za odsiatkę, bo wyroku ani postępowania sądowego wciąż nikt wobec nich nie rozpoczął. Ale jaja.

Byłoby może zabawnie, gdyby się tak bawili jednak za swoje.

Wróćmy do spotkania pana Tuska i Komisji.

Ach, ileż tam było troski, zrozumienia i współczucia…

Pani przewodnicząca troszczyła się o samopoczucie pana Donalda. Pan Tusk wykazywał zrozumienie dla słabszej dyspozycji pani Małgorzaty, która poprzedniego dnia przegrała batalię o stołek prezydenta Królewskiego Miasta Krakowa.

Wszyscy jednogłośnie i jednomyślnie wykazywali współczucie dla osób poszkodowanych w wyniku działalności małżeństwa P.

Z drugiej strony był to jeden z nielicznych przypadków, kiedy to w procesie o czary, inkwizytorzy przypiekli palce, a sam zainteresowany nawet nie powąchał stosu.

Trzeba przy okazji oddać panu Donaldowi, że biegłością w sztuce dyplomacji i czujnego prowadzenia dialogu, o głowę przewyższał wszystkich członków komisji, razem nawet wziętych.

A wszystko byłoby zabawne…

No i tę modalność tak właśnie zostawię.


Czemu twierdzę, że powyższy tekst traktuje o modalnościach? Modalność ma wiele definicji i wiele zastosowań – w zależności od dyscypliny, w której termin jest używany, zyskuje nowych kontekstów i znaczeń.

Ja widzę modalność w nieoznaczoności, zmienności i “zmiennej pewności” zjawisk, które tu opisuję. Nie mogę jednoznacznie ocenić wyników wyborów ale i nie jestem w stanie wyciągnąć jednoznacznych wniosków ze spotkania Donalda i Małgorzaty.

Śmiem przy tym twierdzić, że moja niemoc w tym zakresie nie wynika wyłącznie z mojej mizernej kondycji intelektualnej. Będę się trzymał wersji, że w naturze rzeczy opisywanych przeze mnie tkwi pewna swoboda. Luz. Dowolność interpretacji, z której to przecież tak chętnie korzystają komentatorzy życia publicznego, tak radośnie opowiadając się po jednej lub drugiej stronie.

Ja cóż, mimo własnych sympatii, staram się mimo wszystko dostrzegać możliwość odmiennej oceny stanu i rzeczywistości.


Na koniec drobna przestroga.

Nie pozwólmy sobie na nieuwagę. Bo kiedy wypinamy pośladki, pokazując, gdzie nas może jeden z drugim pocałować, miejmy koniecznie na uwadze, że jeden z drugim może z sytuacji skorzystać i na całusie nie poprzestać.

Miejmy się na baczności.

© mojaameba.com.pl

unsplash-logozdjęcie w nagłówku: Annie Spratt
Please wait...

Moja ameba Autor

Dodaj komentarz

avatar
  Subskrypcja  
Powiadom o