Pod tamtym krzyżem

Kapliczkę wzniesiono w drugiej połowie XVII wieku. Zwykle tego rodzaju budowle powstawały w miejscach związanych z jakimiś trudnymi wydarzeniami. W miejscach, dotkniętych epidemią, klęską żywiołową lub w których zginęli ludzie.

Tę konkretną zbudowali mieszkańcy pobliskiej wsi Swarzyny. Nie jako dziękczynienie, a próba przekupienia boga, albo losu za zło, które od jakiegoś czasu nie opuszczało wsi.

Obecnie Swarzyny już nie ma. Od czasów wojny nikt nie wrócił do wsi. Osiemnaście kominów już nigdy nie wypuściło dymu a natura poradziła sobie z zabudowaniami z charakterystyczną dla siebie skutecznością.

Najbliższe zamieszkałe siedliska byłyby oddalone o jakieś trzynaście kilometrów drogi stąd, gdyby taka droga istniała.

Swarzynę wchłonęła puszcza i zatarła ścieżki prowadzące do tego miejsca.

Oczywiście leśnicy i starzy ludzie z okolicznych miejscowości, wiedzieli gdzie należy szukać. Gdyby tylko ktoś chciał szukać tego opuszczonego przez boga i ludzi miejsca.

Swarzyna nigdy nie dorobiła się kościoła, co już samo w sobie zaskakuje. Ale zupełnie zdumiewa coś innego. Mógłbyś bardzo długo szukać, ale nie udałoby ci się odnaleźć cmentarza. Kilkaset lat istnienia tutaj wsi i ani jednego grobu. Nie znajdziesz również wzmianek o tym miejscu i ludziach w kronikach okolicznych parafii.

Pytanie proboszczów na temat tego miejsca również jest bezcelowe. Jeśli w księgach parafii nie ma informacji o narodzinach, zgonach, mszach, to znaczy, że tego miejsca nie było.

Brak wzmianek o Swarzynie w archiwach parafialnych może dziwić, tym bardziej, że przecież stoi tam kapliczka…

Prosty, nieduży, murowany budynek. Bez drzwi i z pustymi otworami po oknach. Kiedyś bielone ściany, obecnie pokryte szarym liszajem i mchem.

Naprzeciw wejścia stoi figura, przedstawiająca zafrasowanego, brodatego starca, wspierającego się na długiej lasce, czy kiju i pochylonego nad leżącym, prawdopodobnie martwym młodzieńcem. Gdy zobaczyłem ją po raz pierwszy, skojarzyła mi się z obrazami, przedstawiającymi Św. Jerzego nad powalonym smokiem.

I tyle. Żadnych napisów, sentencji, dat, ani… Krzyża.

Kiedy odwiedziłem to miejsce, latem zeszłego roku, poza fantastyczną scenerią wszechtrawiącej puszczy, zastanowił mnie stan kapliczki. Miejsce opuszczone, zapomniane, ale utrzymane we względnie dobrej kondycji. Może nie doskonałej, ale jednak nie była to ruina. Leśniczy, pan Jerzy, który przyprowadził mnie w to miejsce, nie potrafił wskazać przyczyny wyraźnej różnicy stanu kapliczki i reszty osady – gdzie nawet murowane kominy rozsypały się. Tylko trudne do dostrzeżenia stosy cegieł i kamieni, wskazywały na to, że kiedyś żyli tu ludzie.

Pan Jerzy sprzedał mi również legendę na temat tego miejsca.

Podobno wieś została założona przez parę kochanków – uciekinierów – historia jak z Shakespeare’a. Młodzi ludzie ze zwaśnionych plemion, i tak dalej i tak dalej. Uciekli do lasu, błąkali się długo, aż znaleźli polanę, na której rósł dąb.

To Słowianie – warto pamiętać, że nie od razu wierzyliśmy tutaj w adoptowanego syna cieśli. Były czasy, kiedy to w naturze szukaliśmy odpowiedzi na nurtujące pytania o sens, kierunek albo powód nieszczęść. A potężny dąb, dając cień i budząc podziw, mógł stanowić dobry przyczynek do rozpoczęcia oddawania mu czci.

Tak czy inaczej, młodzi ludzie znaleźli spore drzewo i postanowili, że wokół tego drzewa zbudują swoją przyszłość – jak to obecnie ładnie się mówi.

Ta opowieść, miała wyjaśnić nazwę wsi – Swarzyna, jako miejsce powstałe w wyniku kłótni – swary. A romantyzm dobrze wpisuje się w tego rodzaju opowieści.

No i ładnie, mnie jednak bardziej interesowały okoliczności, w wyniku których lokalna społeczność postanowiła wybudować kapliczkę.

I tu również pojawiła się opowieść, ale mniej landrynkowa. Interesujący budynek został podobno wybudowany jako ofiara wotywna.

Wieś dotknęła jakaś epidemia. Kłopot jednak polegał na tym, że nie był to wirus czy bakteria (oczywiście nikt tego nie badał). Mieszkańców wsi męczyły problemy raczej natury psychicznej, czy jak twierdzą szukający sensacji, opętania. Po kolei popadali w dziwne stany. Spokojni rolnicy, wpadali nagle w furię, stawali się bardzo agresywni albo nerwowi. Atakowali sąsiadów i członków własnych rodzin. Po czym po kilku chwilach atak mijał, a sam “zainteresowany” nie wiedział, co właśnie się z nim działo. Niestety nie były to pojedyncze przypadki, a zjawisko objęło ponoć wszystkich mieszkańców, mężczyzn, kobiety i dzieci.

Starszyzna wsi, postanowiła wznieść kapliczkę, żeby odkupić winy albo przebłagać siłę, która zmąciła spokój Swarzyny.

No cóż, sądząc po obecnym stanie, wieś odzyskała spokój – nawet jeśli nie od razu.

I tyle “oficjalnych informacji” na temat kapliczki.

A jak było naprawdę?

Jeśli zadałbyś sobie trud i odnalazł pochłoniętą przez puszczę wieś i niedużą murowaną kapliczkę na wschód od niegdyś gospodarskich zabudowań, mógłbyś także zwrócić uwagę na kamienny próg u wejścia do kapliczki.

Gdybyś, w przypływie nagłej potrzeby, uniósł ten kamień, znalazłbyś, być może, kowalski młot, również wykonany z kamienia.

Gdybyś był w stanie cofnąć się do czasów, w których wzniesiono tę budowlę, dowiedziałbyś się także, że brodata postać uwieczniona w figurze, to nie Św. Jerzy, a sam bóg.

Nie, nie ten współczesny.

Bóg, o którym nawet w siedemnastym wieku, niewielu pamiętało na polskich ziemiach.

Swaróg – bóg słońca, wschodu i ognia, zwany również Kujem albo Kijem. Niebiański kowal, który swym ognistym młotem rozbił bramy niebiańskiej fortecy i uwolnił z niej Słońce, a następnie wykuł wszystkie ciała niebieskie. I to od niego nazwę wzięła osada, choć przecież i on miał co nieco wspólnego ze swarą, czyli “konfliktem”.

Mógłbyś się wreszcie zastanowić nad młodzianem, leżącym u stóp zafrasowanego starca.

I to jest sprawa najciekawsza. Młody nieboszczyk, miał na imię Stanisław i był misjonarzem.

Tak właśnie, w siedemnastym wieku w tym schrystianizowanym kraju, misjonarze wciąż odnajdowali białe plamy na mapie kultu piotrowego.

Stanisław miał za zadanie przyprowadzić nowe owieczki na łono kościoła. Skutek był raczej mizerny. I nie przeciągając opowieści dodam, że ksiądz Stanisław nie spotkał się ze zrozumieniem wśród wyznawców słowiańskich bogów.

Ponieważ szerzył propagandę wrogą wobec lokalnych poglądów, został uciszony na tyle skutecznie, że więcej już nie mógł głosić żadnych poglądów.

Szanując jednak (mimo wszystko) wolę nieboszczyka, nie spalono jego zwłok, a zakopano je na wschód od osady.

Tak powstał jedyny w tym miejscu grób. W tym miejscu postawiono także jedyną kaplicę ku czci słowiańskiego boga. Bo czasy były nowoczesne i budownictwo sakralne jednak robiło wrażenie.

Kaplicę postawiono Swarogowi, żeby miłościwie panujący nie miał wątpliwości, co swarzynianie sądzą o nowinkach z dalekiego wschodu.

Tak to legenda zatoczyła koło. Swarzyna znów podtrzymała tradycję toczenia bojów – tym razem był to konflikt na tle religijnym.

I owszem, chciano boga przekupić za zło, które rozpanoszyło się we wsi, ale mówiąc “zło”, mam na myśli nieszczęsnego Stanisława, męczennika ze Swarzyny i jego wrogą (wobec lokalnych poglądów) propagandę.


Już niedługo spotkamy się na cmentarzach. Będziemy wspominać osoby, których z nami już nie ma.

Przy tej okazji, warto jednak przypomnieć sobie, że to wcale nie jest pomysł chrześcijański. A samo palenie zniczy… No mniejsza o to.

Słowianie obchodzili Dziady kilka razy w roku. Co prawda były to uroczystości nieco mniej “uduchowione” a bliższe żywym ludziom, ale to, co teraz jest dniem Wszystkich Świętych, wciąż w tradycji nazywamy Świętem Zmarłych.

Cała powyższa opowieść jest oczywiście zmyślona. Ale w formie zabawy (ekhm), chciałbym przypomnieć, że mamy również swoją “niechrześcijańską” tradycję, o której warto pamiętać. Nie nakłaniam do zmiany wyznania i powrotu do kultu Swaroga, Peruna czy Światowida – żeby była jasność. Ale to są nasze korzenie, o których przecież warto pamiętać.

© mojaameba.com.pl

unsplash-logozdjęcie w nagłówku: Jenna Beekhuis
Please wait...

Moja ameba Autor

Dodaj komentarz

avatar
  Subskrypcja  
Powiadom o