Tata, stłukło się

“Jak nie dasz rady, to znaczy, że nie dasz rady. A nie, że kończy się świat.
Jeśli się nie wyrobisz, to znaczy, że się nie wyrobisz. A nie, że nie można na Ciebie liczyć.
Kiedy nie zadowolisz wszystkich, to znaczy, że nie wszyscy będą zadowoleni. A nie, że jesteś bezwartościowy.
Kiedy poniesiesz porażkę, to znaczy, że poniesiesz porażkę. A nie, że jesteś porażką.”1

Nie wiem, kto to wymyślił, ale albo wyrwali ten cytat z kontekstu albo ktoś nie przemyślał sprawy. No chyba, że znowu tylko się czepiam.

Wszystko fajnie i sam bardzo bym chciał, żeby prawda kończyła się na ostatniej kropce tego cytatu. Ale to jest co najwyżej wstęp i co najmniej ogromne uproszczenie.

Bardzo modne jest oddzielanie dzieła od sprawstwa i sprawcy. Taka mentalność przedszkolaka: ”Tata, zepsuło się”, albo “Tata, talerzyk jest zbity”.
Dzieci bardzo rzadko deklarują, że to one coś zrobiły. Coś jest jakie jest, albo coś się wydarzyło… samo…
To jest oczywiście naturalne. Tak przebiega proces kształtowania osobowości – chyba.

Ale dorośli? Czemu sami przed sobą nie potrafimy się przyznać?

Spieprzyłem coś. Wcale nie dlatego, że cały świat na mnie krzywo patrzył, albo nie dało się tego zrobić dobrze. No to dlaczego nie zrobiłem tego jak należy? Bo nie umiem, albo się nie przyłożyłem wystarczająco.

Wina, pomimo tak popularnego zaklinania rzeczywistości, najczęściej leży po naszej stronie.

Ja rozumiem, że ścieżka wyznaczona przewodnim cytatem, ma obronić nasze ego przed dotkliwym zaniżeniem wartości. Nie ma się co dołować i popadać w depresję czy inne takie.

Ale nie ma się też co oszukiwać.

Jeżeli wszystkie przesłanki, wskazują na to, że jestem pierdołą, to żadna semantyka nie sprawi, że będę mniejszą pierdołą. Z resztą to już w ogóle dno. Nie dość, że pierdoła, to jeszcze mała.

Ktoś, kto opublikował tę mądrość, nie zdaje sobie chyba sprawy, ile energii i jak żelaznego hartu ducha, wymaga tego rodzaju naginanie rzeczywistości i powtarzanie sobie za każdym razem “to się zepsuło” zamiast “ale widowiskowo to spieprzyłem”.

Kolejna sprawa. Nie wiem czy wszyscy tak mamy. Ja mam na pewno. Za każdym razem, kiedy mimo wszystko, uda mi się wmówić sobie samemu, że to wcale nie jest moja wina, że znowu dałem ciała. Ta wciśnięta sobie samemu ciemnota, odkłada mi się. W jakimś małym pomieszczeniu z tyłu głowy.

Zbierają mi sie tam wszystkie bulszity wciśnięte sobie samemu. Urągające mojej inteligencji i poczuciu przyzwoitości. One tam siedzą i czekają. Zwierają szyki, budują kadry i strukturę. Nabierają mocy urzędowej i są spokojne.

Doskonale wiedzą, że przyjdzie taki moment. A z każdym dniem ta chwila jest nieuchronnie bliższa. One wiedzą, że drzwi do ich pomieszczenia nie są niezniszczalne, a sam magazyn, choć bardzo pojemny, to jednak ograniczony (lubię myśleć, że inteligencją, poczuciem godności czy przyzwoitości – choć może to kolejny bulszit do kolekcji).

Coś musi puścić.

A gdy mury runą, to już nie ma czego zbierać. I wtedy dopiero poczucie miłości własnej pikuje w głębiny Rowu Mariańskiego.

Ja nie twierdzę, że zdrowiej jest powtarzać sobie codziennie “jestem porażką”.

Ale równie szkodliwe jest wmawianie sobie, że nie mam nic wspólnego z błędami, które popełniam, zawiedzionymi oczekiwaniami, niedotrzymanymi terminami, obietnicami i tak dalej.

Jeśli ponosisz za coś winę, to z czegoś to się bierze.

Jeśli odkryjesz, że to jest coś w tobie (dlaczego od razu negujesz), to akurat najłatwiej zmienić. Na to przecież masz największy wpływ.

Bo jeśli wszystko jest poza tobą, to faktycznie jesteś w strasznie ciemnej d… Nic z tym nie zrobisz i możesz jedynie czekać aż przyjdzie ktoś, żeby cię z tego bagna wyciągnąć.

Choć oczywiście zachowasz bardzo wysoką samoocenę – bo przecież nie jesteś porażką, a to wszystko, to samo się tak… spieprzyło.

Cóż, ja jestem pierdołą. Zdaję sobie z tego sprawę i pracuję nad tym. Moja samoocena poprawia się za każdym razem kiedy osiągnę jakiś mały sukcesik – bo spektakularnych nie mam.

Nie cierpię na depresję, nie mam doła i nawet siebie lubię. Może to dlatego, że z mojej perspektywy porażki mniej bolą i wiem, że to moje dzieło.

A to, że będę sobie powtarzał, jaki wspaniały jestem… no cóż, tę tezę dużo trudniej obronić…

© mojaameba.com.pl

unsplash-logozdjęcie w nagłówku: chuttersnap
Please wait...

  1. Jak napisano, nie wiem czyje to, ale do mnie dotarło z tego fejsbukowego fanpejdża: https://www.facebook.com/sensterapia/ oni z kolei powołują się na: https://www.facebook.com/jakniedrzwiami/ – klasyczny łańcuszek.

Moja ameba Autor

Dodaj komentarz

avatar
  Subskrypcja  
Powiadom o