Legenda o Szewczyku, Dratewce i Smoku

Szczęśliwe lata.
Beztroskie chwile szczenięcej naiwności.

Minione bezpowrotnie, bez reszty utracone.
Lata utracone, bo naiwność została.
Tylko nazwę zmieniła.

1

Piękne były to czasy, kiedy z wypiekami na twarzy słuchało się opowieści o kapturkach, Jasiach, Małgosiach i innym obuwiu – czy to dalekobieżnym, na kocich łapach, czy zgubionym w trakcie ucieczki z balu.

Teraz już wiem ile to dokładnie jest siedem mil. Jestem również w stanie wyobrazić sobie jakie konsekwencje może przynieść rozstawianie nóg na taką odległość.

Gdybym się bardzo postarał, to pewnie przypomniałbym sobie nawet bale, na których zdarzało się różnym Kopciuszkom gubić pantofelki. Niezwykle “bajeczne” były to sytuacje. Nie wiem czy było w tym cokolwiek romantycznego. Niestety nie znam dalszych losów wspomnianych panien i ich obuwia.

Co do czarownic porywających dzieci… No to już zupełnie poważna sprawa. Regularne doniesienia medialne wskazują na aktualność tej historii z kurzą łapką w tle.

Dziś opowiem wam, co mogło się kryć za jedną z naszych rodzimych legend. Postaram się nie obedrzeć jej całkowicie z romantyzmu. Bo to przecież mogło być zupełnie inaczej…

Jacek Baran, z zawodu szewc. Fachowiec jakich jeszcze w tamtych czasach było w Krakowie kilku.

W jakich czasach? “Słusznie minionych”. Jestem na tyle młody, że lata 60-te już są dla mnie okryte mgłą tajemniczości. A w takiej mgle lubią czaić się przeróżne mityczne istoty…

Wróćmy do naszego Jacka. Z samą jego profesją wiąże się kilka legend. Najciekawsza moim zdaniem jest ta, według której wraz z narzędziami, po starym mistrzu, przejmuje się również talent poprzedniego właściciela.

Chyba coś w tym jest. W wielu zawodach utrzymuje się pewien szacunek dla starych narzędzi. Nawet mówi się o nich, że mają duszę.

Ha, obiecałem przecież, że trochę romantyzmu pozostawię.

Jacek Baran był świetnym szewcem. Może to zasługa narzędzi, które były w jego rodzinie przekazywane z pokolenia na pokolenie.
No, dokładnie to raz zostały przekazane, bo ojciec Jacka był jak i on, szewcem.
Dziadek za to był przed wojną bednarzem. Po wojnie już nikt nie wiedział, kim mógłby zostać, bo nie powrócił z wojny na łono rodziny.

Jacek poza narzędziami z duszą, miał również wyraźny talent i sam ujawniał duszę artysty.

A to użył kolorowej dratwy, a to wyciął fikuśnie zelówkę, a to znowu obcas podkuł stalowym floresem.
Cieszyła go praca i lubił robić ładne rzeczy. A klienci lubią mieć ładne rzeczy.
Ponieważ jakoś te lubienia się zazębiały, to Jacek nie mógł specjalnie narzekać na brak odbiorców swoich dzieł sztuki szewskiej.

Jacek miał kolegę – jeszcze z czasów szkolnych.
Krzysztof Szewczyk, cinkciarz z Krowodrzy.2

Nie raz i nie dwa, przy spotkaniu śmiali się, że to musi być szewski dzień, bo jak się Szewczyk z szewcem spotkali, to sucho nie będzie.

Tego dnia również umówili się na spotkanie. W Barze SMOK.3
Starsze dzieci mogą go jeszcze pamiętać. Jeszcze starsze wiedzą, że nie od razu był to bar mleczny, a w latach 60-tych podawano tam także piwo.
Z resztą, za chrzczenie go “Wiślanką” regularnie karano kierownika lokalu.

Specyfika miejsca kazała klientom tego przybytku, przyjmować pokarmy i napoje na stojąco.
Czyż znowu nie jest romantycznie – wgryzając się w słynną maczankę po krakowsku, patrzeć głęboko w oczy sąsiadowi z naprzeciwka – amatorowi bigosu lub gołąbków z kaszą gryczaną? A to wszystko przestępując rytmicznie z nogi na nogę.
No bajka, a na pewno wynik galopującej mody na optymalizację i racjonalizację zasobów – tym razem Baru SMOK.

Jacek Baran już stał z kuflem przy długiej ladzie pod oknem i przyglądał się ludziom na zewnątrz (ponieważ to Kraków, to na polu).
Szarzy ludzie, bo i dzień wyjątkowo paskudny – idealny na spotkanie dwóch szewców przy piwie.

Pod stołami w Smoku, zamontowane były torby na… no cóż, na torby właśnie. Można było włożyć tam swoją aktówkę, czy odłożyć torebkę na czas posiłku.

Jacek Baran włożył tam swoją torbę. Nie byle jaką torbę ma się rozumieć.
Sam sobie ją skroił i uszył z najlepszej, bydlęcej skóry. Cienkiej ale mocnej.
Była wspaniała, jak wszystko co wytwarzał Jacek, ale ta torba była wyjątkowa z jeszcze jednego powodu. Jacek zaszył w jej pasku sto dolarów amerykańskich – na czarną godzinę.
W tamtych czasach to była całkiem przyzwoita kwota a i sama waluta, ma się rozumieć, miała swoją wagę.

Dolary kupił jakiś czas temu właśnie od swojego kolegi Krzyśka Szewczyka – zwanego przez złośliwych Dratewką.
Znany był w środowisku z dużego talentu do “szycia frajerów”. Stąd i oczywiście od nazwiska, przykleiła się do niego taka ksywka.

W tym wypadku jednak, sprzedał Jackowi dolary po “uczciwej” i “rynkowej” cenie. Prawie ze stratą dla siebie.
Chodziło przecież o kumpla ze szkolnej ławy.
Każdy fach ma przecież swój etos i należy się go trzymać.

W końcu wpadł do Smoka jak burza. Spóźniony, jak to zwykle Krzysiek.
Od drzwi zaczął głośno pozdrawiać starego kolegę.

Po drodze zamówił piwo i z kuflem kipiącym pianą, ruszył zdecydowanym krokiem do witryny, pod którą zaparkował już wcześniej Jacek.

Po tradycyjnym uściśnięciu prawicy, wrzucił swoją złachaną teczkę z dermy do tego samego worka pod blatem, w którym wcześniej Baran umieścił swoje kaletnicze arcydzieło.
Stuknęły kufle ponad blatem i ze staropolskim zawołaniem “Na zdrowie!”, panowie wychylili bursztynowy płyn prawie do połowy szklanic.
Po krótkiej wymianie uprzejmości, dokończyli dzieła i Krzysiek poszedł do baru po następną kolejkę.

Spotkanie szybko nabrało właściwego tempa.
Kolejne hausty, przetykane gdzieniegdzie rubasznym dowcipem, czy historyjką z życia któregoś z panów.
I tak to szło.
Kolejki uzupełniano na zmianę – raz płacił szewc, by następną zamawiał Szewczyk.
Przy piątej rundzie, Jacek wziął do pomocy bigos a Krzysztof wspomógł się gulaszem wołowym z ziemniakami i ogórkiem kiszonym.
Po posileniu się, kontynuowali nierówną walkę z mokrą naturą bursztynowego płynu.

Po kolejnych trzech kuflach, wciąż niezmordowani koledzy, zamówili dwie porcje gołąbków i jak gdyby nigdy nic, kontynuowali biesiadę.

Jak nietrudno sobie wyobrazić, kiedy płyn wlewa się do człowieczego organizmu, to w pewnym momencie, organizm ów nadmiaru płynu próbuje się pozbyć.
Nie inaczej stało się i teraz, gdy panowie byli przy piwie dziesiątym.
Czemu tak długo organizm zwlekał? Nie wiem – bo i dla warstwy narracyjnej niniejszej historyjki byłoby zdrowsze, gdyby organizm wcześniej się upomniał o swoje prawa.
Warto jednak zwrócić uwagę, że pierwszy od blatu odszedł Jacek Baran, pozostawiając kolegę Krzysztofa wraz z niedopitym piwem na miejscu, przy witrynie Baru Smok.

Chwilę Jackowi zeszło doprowadzenie się do ładu, a szczegółów wam oszczędzę.
Wspomnę jedynie, że po powrocie na swe stojące miejsce, Jacek nie zastał Krzysztofa Szewczyka, Dratewką zwanego.
Zdziwienie jeszcze nie dopadło Jacka w tej chwili.
Dopadło go i podcięło kolana kilka sekund później, gdy okazało się, że wraz z kolegą Krzysztofem zniknęły dwie teczki spod blatu a także, jak się orientujesz, sto dolców z paska jackowej torby.

Tak to Szewczyk ps.“Dratewka” obszył kolegę Barana i porzucił go pod Smokiem, jako i w legendzie stało.

I znowu, skoro legenda to i morał mógłby się przydać.
Z samej historii obu panów, nauka płynie prosta – jak z cinkciarzem pijesz, torbę lepiej w domu zostaw (mam nadzieję, że wyłapałeś tu melodię i rym – tylko troszkę naciągany).
Etos zawodowy etosem ale jak czasy są niepewne to i sytuacja może zrobić się napięta

Druga nauka nie wynika wcale z legendy o szewczyku i baranie, lecz z historii Smoka.

Bar ten z czasem stał się barem mlecznym i choć legendarny, to jednak podupadł i obecnie znikł był zupełnie z mapy Krakowa i w pamięci lokalsów coraz bardziej blednie.

Być może to się wiąże z moim sentymentem dla chmielowego trunku, ale jeśli będę kiedyś otwierał lokal – dajmy na to, gastronomiczny, to będę miał również w pamięci przykład nieszczęsnego Smoka – abstynenta.

Gdzie mityczne stwory, obiecane na początku?
Ot, jeśli smok ci nie wystarczy, to masz cinkciarza – przecież już ich nie ma, tylko miejskie legendy pozostały wciąż żywe.
A i szewc fachowiec – artysta, to też jest postać dyskusyjna i nieco mityczna. Chociaż słyszałem, że są naukowcy, którzy ten gatunek próbują odtworzyć.

Na koniec jeszcze jedna uwaga – postaci wymienione z nazwiska są zmyślone. Jeśli istnieje jakaś zbieżność z autentycznymi osobami, to zupełnie niezamierzona.
I żeby mi tu RODO zaraz nie wyskoczyło, bo to fikcja jest i tyle.
Tylko Bar Smok, tragiczny bohater opowieści, był jak najbardziej autentyczny.


© mojaameba.com.pl

unsplash-logozdjęcie w nagłówku: Jose Ramirez
Please wait...

  1. To nie był wierszyk. Gdy to napisałem to były zwykłe, następujące po sobie zdania. Zrobiło się z tego to, co się zrobiło, dopiero kiedy podzieliłem zdania po jednym na linijkę. A jak dodałem kursywę… no to już jest masakra jakaś.
    Ale zostawiłem. Przynajmniej możecie się ze mnie uśmiechnąć.

  2.  Cinkciarz -za Wikipedią – (przez zniekształcenie angielskiegochange money[1], wymawianego przez cinkciarzy „cincz many” lub „cieńć many”) – potoczne określenie osoby, która za czasów Polski Ludowej prowadziła nielegalny obrót walutami, to znaczy skupowała i sprzedawała dolary amerykańskie, a także inne waluty wymienialne i bony dolarowe PeKaO. Samo słowo pojawiło się pod koniec lat 50.XX wieku, początkowo także w formie cinksiarz lub cynkciarz, wcześniej osoby takie bywały określane jako czarnogiełdziarz, waluciarz lub konik

  3. Nigdy nie piłem piwa w Barze SMOK,  z przyczyn obiektywnych. Miałem jednak okazję wypić tam oranżadę. Mój starszy brat zabrał mnie tam przy okazji sprawdzania wyników egzaminu wstępnego na studia. Tak mi się przynajmniej wydaje. Wtedy cały Kraków był dla mnie jak jeden wielki smok.
    Kiedy sam sprowadziłem się do Grodu Kraka, Bar Smok jeszcze stał smętnie przed Dworcem Głównym, ale był już zamknięty. Opisy lokalu i inne drobiazgi zapożyczyłem z artykułu o tej legendzie krakowskiej gastronomii.

Moja ameba Autor

Dodaj komentarz

avatar
  Subskrypcja  
Powiadom o