Nie bądź rura

Ech, jeszcze mi się krew ścina, gdy o tym pomyślę. Jak powszechnie wiadomo, nieszczęścia chodzą stadami. Niżej opisane zdarzenia nie są przykładem nieszczęścia. Nic złego nikomu się nie przytrafiło, wszyscy wyszli cało i nawet na zdrowiu nikt specjalnie nie podupadł – no może ja, na zdrowiu psychicznym – o ile mogło się w tej kwestii cokolwiek jeszcze pogorszyć. Zatem nie będzie o nieszczęściu ale o galopującym stadzie upierdliwości rzeczy nieożywionych.

Zaczęło się kilka miesięcy temu… O tak, całości mogłem zaradzić już dawno, ale jestem leniwy i jeśli coś działa (nawet głośno albo dziwnie ale jednak) to działa i nie przejmuję się delikatnymi sugestiami, że można by sprawdzić, poprawić, przeczyścić… Może bym i mógł, może nawet należało, ale niech pierwszy rzuci kamieniem ten, kto daje się tak łatwo sprowokować. Nie będzie byle rura mówić mi jak mam żyć. Tak właśnie, sugestie płynęły ze strony rury odpływowej kuchennego zlewu. Bulgotało gdy zmywarka wylewała wodę, gurgoliło gdy zlew się opróżniał. No ale przecież się opróżniał, no to co ja się będę… Chce sobie rura pogadać, niech gada – ja jej nie wróg. Każdy czasem ma potrzebę się wygadać – jako i ja teraz. Czas płynął, ja przyzwyczaiłem się do dźwięcznego gulgotania rurki kanalizacyjnej. Czasem nawet polewałem jej jakiegoś Kreta czy innych płynów wyskokowych, żeby się dziewczyna mogła otworzyć i powiedzieć, co jej na przewodzie leży. No właśnie, czas płynął – a woda w końcu przestała…

Nie pomogły zwyczajowe zabiegi – grzeczna prośba, szantaż emocjonalny, a nawet siarczyste “oj ty w ząbek czesana!”. No dosłownie nic nie działało. W  obliczu takiego stanu rzeczy, powołany na prędce Sztab Kryzysowy (moja Ania i ja), podjął decyzję o wprowadzeniu środków nadzwyczajnych – a co, gdyby ktoś nas nie ubiegł, to być może nawet zablokowalibyśmy Teleranek. Ponieważ jednak Dobra Zmiana zlikwidowała Teleranek przed nami, postanowiliśmy nabyć żmijkę do przetykania rur i być może jakąś wredniejszą chemię – jeśli jakiś sprzedawca będzie chciał nam opchnąć coś czarnorynkowego.

Złe to czasy, powiadam. W sklepach poza octem i panią sklepową, jest obecnie nawet jakiś wybór. Wybór niestety dotyczy także tak ważkiego sprzętu jak spiralka stalowa do przetykania rur. Człowiek z każdą kolejną rurą nabiera doświadczenia i teraz już wiem, że nie ma się co w tańcu pieścić. A żmijka ma być tylko troszkę cieńsza od samej rury. Niestety pierwsza żmijka, jak się domyślasz okazała się za wiotka i zamiast usunąć zator tylko symulowała swą działalność drenażową. I co z tego, że wlazła w odpływ aż po samą korbę, jak się franca gdzieś w środku pozwijała…

No nic, ja się upociłem, syf na pół kuchni, Anka już zaczęła powątpiewać (w skrytości ducha – pewnie się nie przyzna ale ja wiem swoje), w moje męskie super-moce, a woda jak nie odpływała, tak nadal odpłynąć nie chce. Co gorsza, uszczelka pomiędzy ścianą a rurką od syfonu przestała wypełniać swoje obowiązki należycie – trzeba zatem pindę wymienić – jak to mawiają w pewnych środowiskach “tysiące chętnych czekają na twoje miejsce”, Ty wredna uszczelko. W każdym razie, ponieważ uszczelka nie trzymała, to woda ze zlewu jednak zdołała spłynąć. Nie było to jednak rozwiązanie satysfakcjonujące na dłuższą metę. Zlew oczywiście się opróżnił ale dywan zaczął nasiąkać – to jeden z uroków posiadania kuchni w salonie, no że aneks taki… Ja czerwony – ze wstydu i złości, Ania blada – bo ja czerwony, a ciśnienie facetom w moim wieku nie służy, a Młody… no cóż, znudzony, bo starzy zamiast się z nim bawić, to wkręcają jakieś sprężyny w ścianę (durne to wapno). No nic, nie ma czasu na wątpliwości. Łapię kluczyki do samochodu i zasuwam do “Casto”, po właściwy kaliber żmii (prysły złudzenia, młoda żmijka na nic, potrzebna jest jej mama), no i oczywiście po uszczelkę – w domu miałem kilo różnych uszczelek ale oczywiście – właściwej niet. Jadę wściekły przez miasto, Enej śpiewa, że radio hellou, a ja pieszczę podeszwą pedał gazu, bo zaraz mi zamkną moją ziemię obiecaną i gdzie ja uszczelki dostanę o tej porze – o żmii nie wspominając. Wpadam do tej krainy smarem i silikonem płynącej i pilnuję się tylko, żeby nie bluzgnąć czymś brzydkim w odpowiedzi na “dzień dobry” pana z ochrony. Przecież on nie jest winien mojemu lenistwu i zapchaniu rury odpływowej w mojej kuchni… Oczywiście nie jest łatwo: żmijki i uszczelki rozmieszczono strategicznie na dwóch końcach hali, tak, żeby klient nie przeoczył żadnego regału po drodze. A klient cedzi pod nosem same piękne rymy kaszubskie bo częstochowskie wyczerpał jeszcze na parkingu. Uszczelki są, żmija gruba prawie jak mój kciuk też jest, to jeszcze chwila kontemplacji w dziale elektronarzędzi – obowiązkowa kapliczka (no bo lubię i co) i do kasy. Pakuję do samochodu uszczelki, zwierza, siebie i mknę przez wąskie uliczki Olszy na ratunek swej białogłowy i jak mam nadzieję, przy okazji, swej męskiej ambicji. Enej śpiewa, że ma hermetyczny świat a ja wnerwiony, że w moim świecie nawet rura nie chce być hermetyczna. Wpadam do mieszkania, peleryna łopocze na wietrze, majtki trochę uwierają ale tak jest, gdy zakłada się je na spodnie. Cóż gdy się jest supermanem to takie szczegóły trzeba po prostu przyjąć na klatę.

Żmija wchodzi w rurę jak złoto, uszczelka pasuje jak ulał. Słyszę śpiew skowronków, czuję lekkość na duszy, a w sercu zapowiedź radości. Składam całe ustrojstwo do kupy, puszczam wodę… MHMMM… Cieknie, psia mać, kolejna uszczelka!!! Badam wytrzymałość na ścieranie tkanki kostnej swoich zębów. Rozbieram cholerstwo i dochodzę do jedynie słusznego wniosku, że mam serdecznie dość mechaniki płynów.

Oczywiście nie chodzi o jedną z uszczelek, które posiadam w swej, coraz bogatszej, uszczelkowej kolekcji. Tym razem chodzi o myśl techniczną wykreowaną na zlecenie pewnej szwedzkiej sieci handlującej meblami, artykułami wnętrzarskimi i oczywiście zlewami wraz z oprzyrządowaniem. To nieważne – ważne natomiast jest to, że sieć wspomniana wyżej, była o tej porze zamknięta. Wziąłem trzy głębsze oddechy. Chodziło o to, żebym nie udusił się wydając z siebie jęk rezygnacji, bezsilności i bólu ale ostatecznie skończyło się na klasycznej słowiańskiej, nieco stłumionej (bo Młody), “kurwie” wysyczanej wgłąb kuchennej szafki narożnej, na której osadzono jakieś pięć lat temu nasz szwedzki zlew. Gdy ciśnienie nieco zeszło mogłem przystąpić do działania. Popatrzyłem groźnie na karbowaną rurkę. Nie mniej groźnie spojrzałem na unieszczelkę i uznałem, że na razie tylko tę drugą wyrzucę. Wierz mi lub nie ale byłem w stanie uszczelnić ten przeciek czymkolwiek – kaszanką albo pastą do zębów – bez różnicy. Tym razem zdecydowałem się użyć jednak innej uszczelki – niepasującej, w innym rozmiarze i zupełnie do tego nieprzewidzianej. Metodą “siła * gwałt”, po raz kolejny złożyłem zestaw i z pewną dozą nieśmiałości, po raz czterdziesty ósmy napuściłem wody do stalowego potwora…

To działa!!! Woda spływa jak należy, nic nie bulgocze, nic nie cieknie – sprawdzałem po kilka razy każde łączenie. Dopełniliśmy dzieła używając preparatu do udrożniania rur, przewodów kominowych i zatwardzenia. No po prostu miód i nawet malina. W takim razie śmiało włączyliśmy zmywarkę – ta czekała na zakończenie działań na froncie wschodnim.

Zmywarka co prawda bulgotała ale i tak nie zepsuło mi to humoru – poszedłem spać.

Nastał dzień kolejny. Wkroczyłem weń śmiało, pobudzony zalotnym “Tomuś, znowu nie ma odpływu”…

Ale to już zupełnie inna historia.

 
© mojaameba.com

0 0 vote
Article Rating
Please wait...
Subskrypcja
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments