1. Halołinowe opowiadanie z dreszczykiem

Oto Jacek.

Znasz Jacka. Każdy go zna.

Może mieć, co prawda, inne imię: Krzysiek, Paweł, Tomek, Andrzej – a jeśli mocno zmrużyć oczy i zrobić zeza to może mieć na imię Krystyna.

Tak czy inaczej, Jacka zna każdy.

Jest inteligentny, przystojny i tajemniczy…

A nie, przepraszam, to James Bond.

Jacek jest zwyczajny. Jest niegłupi ale bardziej pracowity niż błyskotliwy.

Nie jest brzydalem, ale kobietom nie uginają się nogi na jego widok.

Jest prawnikiem.

Dokładniej rzecz biorąc, jest prokuratorem.

Ma czterdzieści dwa lata i jest zmęczony swoim życiem.

Pół roku temu rozwodem zakończyło się jego piętnastoletnie małżeństwo.

Obydwoje z Justyną za mało się starali. Każde miało swoją pracę, która na nieszczęście okazała się kochanką gorętszą od partnera.

Justyna jest lekarzem.

Oboje mijali się w drzwiach albo nie mijali się nigdzie, nie widując się całymi tygodniami, gdy Jacek prowadził trudną sprawę, a Justynie nakładały się dyżury.

Nie mieli dzieci.

Na początku uważali, żeby nic nie zakłóciło startu ich niełatwych karier, a potem jakoś nie było okazji do wpadki – o planowaniu potomstwa ciężko mówić w ich przypadku.

W końcu, bardziej z przyzwyczajenia niż z wyboru przestali nawet poruszać ten temat.

Oczywiście, nie zawsze tak było.

Poznali się w czasie studiów.

Wspólni znajomi, jedna, druga impreza, buzujące hormony, ogólnie sprzyjająca atmosfera no i cóż. Postanowili, że są w sobie zakochani.

Nie, nie było euforii, fajerwerków, motyli i tym podobnych atrakcji fizjologicznych. Oni postanowili, że się w sobie zakochali.

Oboje wkurzająco racjonalni. Nawet do głowy im nie przyszło, że już sam fakt podejmowania w tym temacie świadomych decyzji, jest cokolwiek, dziwny.

Skoro postanowili, to temat pociągnęli dalej.

Zamieszkali razem jeszcze na studiach. To było nawet wygodne – nie przeszkadzali sobie.

Obydwoje poukładani i skoncentrowani. Gdy był czas nauki do egzaminów, to się uczyli, gdy był czas na zabawę, to… no cóż, również się uczyli.

Ich determinacja do osiągania sukcesów była jednym z elementów, które wzajemnie im imponowały.

Chyba bardziej niż pociąg fizyczny czy jedność dusz, właśnie determinacja pociągała ich ku sobie.

Determinacja – ich własna ale również rodziców i otoczenia, sprawiły, że parę lat później wzięli ślub.

Cywilny – dla porządku. Rodzice, świadkowie, obiad w restauracji i weekend w Zakopanem. Bez zbędnych ceregieli. Chodziło przecież tylko o uporządkowanie sytuacji i odparcie ciągłych utyskiwań mam, które niecierpliwiły się nieformalnym statusem ich związku.

A później? Już pisałem. Układ wybitnie partnerski, bo ciężko to nazwać związkiem. Mieli swoje cele i raczej żaden z nich nie był wspólny. I tak, siłą rozpędu, pokonali piętnaście lat.

Pewnego kwietniowego popołudnia Justyna zadzwoniła do Jacka i oświadczyła, że ma dość i nie widzi potrzeby kontynuowania tej farsy.

Bez emocji, bez żalu czy wytykania sobie win. Po prostu, nie było uzasadnienia dla utrzymywania statusu małżeńskiego.

To już nie miało znaczenia dla rozwoju ich karier. W ich zawodowych środowiskach i tak niewiele osób dało radę utrzymać swoje związki, więc nie będzie niczym dziwnym, że i oni się rozstaną.

I tak jak postanowili, że są w sobie zakochani, tak też postanowili, że to była pomyłka – przecież oboje są dorośli i potrafią przyznać się do błędu.

Jedyne zdumienie, jakie ogarnęło Jacka dotyczyło ilości rzeczy, jakie miał do spakowania, kiedy postanowili, że ich wspólne mieszkanie przypadnie po rozwodzie Justynie.

Okazało się bowiem, że cały dobytek zmieścił mu się w jednej, co prawda dużej, ale jednak, walizce podróżnej.

No oczywiście jeszcze kilka wieszaków z garniturami – mundur służbowy, z resztą tak dla niego naturalny, że miał ich więcej niż par dżinsów – symptomatyczne.

Wynajął dwupokojowe mieszkanie niedaleko prokuratury.

Powiedzieć, że było skromnie urządzone, to nic nie powiedzieć.

Ono nie było wcale urządzone.

Jacka stać było na meble, nie w tym rzecz.

Wyprowadzając się ze starego mieszkania postanowił, że w najbliższy weekend załatwi zakupy i meblowanie mieszkania, na razie zadowalając się materacem i zastaną na miejscu zabudową kuchenną.

Jednak z najbliższego weekendu zrobiły się trzy tygodnie, potem miesiące… Nie miał czasu, a w końcu zobojętniało mu to na tyle, że tak jak do swojego małżeństwa, po prostu się przyzwyczaił do „skandynawskiej” prostoty wystroju nowego mieszkania.

Ten październikowy poranek od samego początku był nieco inny.

Nawet pomijając kwestię nadużycia poprzedniego wieczoru alkoholu.

To, że Jacka bolała głowa było dość naturalne, biorąc pod uwagę ilość wódki i stan wypełnienia popielniczki po nocnej sesji autoterapii.

Jacek poprzedniego dnia wygrał sprawę.

Chodziło o… a mniejsza o to, co zrobił ten człowiek. Ważne, że sprawa toczyła się prawie od roku i nareszcie zapadł wyrok skazujący.

Dokładnie taki, o jaki wnioskował oskarżyciel – Jacek.

Sukces… No tak, kolejny sukces oblewany w samotności.

On, wódka i papierosy. Czyli ten poranek nie mógł być wyjątkowy z powodu nocnej imprezy. Nie pierwszy raz Jacek budził się na kacu.

Ale jednak coś wisiało w powietrzu. Coś nieokreślonego.

Prokurator z trudem podniósł się z materaca, leżącego bezpośrednio na podłodze.

Właściwie stoczył się z niego i podpierając na krześle (tradycyjnie służącym za szafę ubraniową), przyjął pozycję mniej więcej wyprostowaną.

Nie musiał się spieszyć, miał dzisiaj wolne.

Odruchowo sprawdził komórkę – a nuż miałby pretekst, żeby zrezygnować z przysługującego urlopu i zająć czymś ten tragicznie bezproduktywny dzień, wypełniony kacem i prawdopodobnie kolejnymi papierosami, byle tylko przyspieszyć nadejście kolejnego, roboczego, więc niepozbawionego sensu dnia.

Niestety.

Prawnik zapalił papierosa i poczłapał do łazienki.

Zanim zorientował się, że wszedł pod prysznic z zapalonym papierosem było już za późno. Bibuła nasiąkła wodą, niedopalony papieros złamał się, a Jackowi pozostał tylko pomarańczowy filtr przyklejony do wysuszonej wargi.

Jacek zamknął oczy i oparł czoło o ścianę pozwalając by woda zmyła przynajmniej część irytacji, pozostawiając jedynie dobrze znaną i oswojoną rezygnację.

Rytuały są ważne.

Jacek bardzo sobie cenił schematy, w tym także schematy własnego postępowania.

Niewiele było sytuacji, w których zdecydowałby się zrezygnować, z któregoś z ustalonych punktów listy „do zrobienia”, wypracowanej przez lata dostrajania automatu o nazwie Prokurator Jacek Kurzawa.

Wypuścił z łazienki nadmiar pary, przetarł lustro i podjął wyzwanie ogolenia twarzy.

Kto wie, być może nawet udałoby się, gdyby nie ten cholerny dzień.

Lewa stopa prawnika, ta, na której właśnie opierał cały ciężar ciała, poślizgnęła się na mokrej płytce.

Jacek poczuł nieprzyjemny stan, jak w startującej windzie, gdy żołądek jeszcze się nie zdążył zorientować, w którą stronę winda się porusza, ale już postanowił, że on jedzie w przeciwną.

Nogi Jacka pojawiły się nagle przed właścicielem, gdzieś mniej więcej na wysokości umywalki. Prawą ręką zamachnął się na tyle nieszczęśliwie, że łokciem uderzył w szafkę z czystymi ręcznikami.

Druga dłoń właśnie ślizgała się po mokrych płytkach dokładnie w tym samym miejscu, gdzie przed sekundą lewa stopa rozpoczęła cały łańcuch nieprzyjemnych zdarzeń.

Pierwsze o podłogę uderzyło lewe biodro. Nie można po prostu powiedzieć, że prokurator się przewrócił. Gdyby tak było, zakląłby szpetnie, wstał, roztarł poobijane elementy i kontynuował poranne ablucje.

Upadając, Jacek, poza obiciem biodra, zwichnął nadgarstek, którym mimo wszystko usiłował się asekurować, ale co gorsze, jego czaszka z głuchym tąpnięciem uderzyła w podłogę a główny zainteresowany mniej więcej pół sekundy później stracił przytomność.

Tak, ten dzień był wyjątkowy.

Dokładnie piątego października Kazuo Ishiguro został laureatem Nagrody Nobla w dziedzinie literatury jako ten, który w powieściach o potężnej sile emocjonalnej odsłonił otchłań pod naszym iluzorycznym poczuciem łączności ze światem.

Nie martw się, Jacek przeżył…

© mojaameba.com

0 0 votes
Article Rating
Please wait...

jeremiasz82 Autor

Subskrypcja
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments