Po co mi to wszystko

Niecały rok temu opublikowałem pierwszy wpis na Facebooku.

To ten o spacerowaniu w krakowskim smogu przy dźwiękach „Spacerologii” Lubomskiego.

Tekst słaby ale niezwykle dla mnie ważny.

Nieco żartobliwy, bardzo nieśmiały i zdecydowanie przeładowany gagami – no cóż, kiedy się denerwuję, tak właśnie to wygląda.

Czemu byłem zdenerwowany? Stres towarzyszy przekraczaniu barier, a publikacja tego wpisu była dla mnie właśnie czymś takim.

Moje zeszyty w ogólniaku miały dwa oblicza – otwierając je zgodnie z naturą rzeczy, można było znaleźć mniej lub bardziej skrupulatnie prowadzone notatki z lekcji (raczej mniej niż bardziej), natomiast otwierając je z tyłu… oj, to już zupełnie inna historia.

Czego tam nie było.

Notatki z planów opanowania przeze mnie Europy, projekty nigdy nie wysłanych listów miłosnych, bieżące przemyślenia dotyczące wszystkiego a może nawet więcej.

Czasem któryś nauczyciel odkrywał przypadkiem moją „radosną twórczość”, ale jakoś nigdy nie miałem z tego powodu większych problemów.

Uznawali chyba moje prawo do zachowania poufności korespondencji.

Słusznie, to w zasadzie były listy, głównie do siebie samego.

To nie były pamiętniki.

Pamiętniki są przecież cholernie niemęskie, a chłopak na etapie ogólniaka nie może pozwolić sobie na bycie niemęskim.

Wobec tego uznajmy, że były to notatki z gatunku tych z wąsami i o zapachu dobrej wody kolońskiej i whisky. Tak męskie, jak tylko męska może być Bratnego definicja męskości.

Skoro to zostało ustalone, to możemy iść dalej.

Nie miałem problemu z tym, że ktoś odkryje moje zapiski. Właściwie było mi wszystko jedno, niemniej niezmiennie czułem mrowienie na karku, kiedy ktoś wertując jeden z moich zeszytów zbliżał się do tego drugiego, mniej oficjalnego, końca.

Nigdy też sam nie pokazywałem zapisków.

Po pierwsze nie było tam nic, co według mnie mogłoby wzbudzić zainteresowanie, a po drugie…

To były moje brudnomyśli – nie to, że myśli tam zawarte były nieczyste (większość była jak najbardziej strawna), chodzi raczej o myślowy odpowiednik brudnopisu.

Zapisywałem tam swoje przemyślenia, dzięki czemu łatwiej było mi sobie to wszystko jakoś poukładać i usystematyzować, a finalnie podjąć decyzję na temat swojego oficjalnego stanowiska na dany temat – tak jakby kogoś poza mną to stanowisko interesowało.

Ogólniak się skończył, potem studia, ale sposób na podejmowanie decyzji na temat tego, co ja właściwie uważam, wcale mi się nie zmienił.

Cały czas prowadziłem zapiski. Gdzieś na luźnych kartkach albo w kalendarzu, którego nigdy nie nauczyłem się używać zgodnie z jego przeznaczeniem.

Trudne tematy przepracowywałem właśnie na piśmie.

Tekst zmieniałem, usuwałem akapity, dopisywałem nowe.

Kiedy uznawałem, że to już jest wersja, z którą mogę się pogodzić, nadchodził właściwy moment aby notatkę umieścić w niszczarce a jej treść stawała się moim oficjalnym stanowiskiem w danej kwestii.

Nie potrzebowałem przechowywać tych tekstów. Stanowiły dla mnie wyłącznie narzędzie do analizy problemu. Kiedy spełniły swoją funkcję mogły zostać usunięte.

Tak to działa.

Skąd więc Szuflada?

Nie wszystkie notatki wyrzuciłem. Nie wiem dlaczego.

Nie jestem z nich jakoś szczególnie zadowolony. Po prostu zostały.

A właśnie niecały rok temu, z jakichś bliżej mi nieznanych powodów, uznałem, że mi wolno, więc opublikowałem swój pierwszy wpis.

Liczyłem się z możliwością zderzenia z jakże popularną krytyką literacką społeczności FB.

Niemniej muszę przyznać, że moi znajomi na wspomnianym wyżej serwisie wykazali się ogromnym taktem i albo pochwalili wpis albo przemilczeli to, co sobie pomyśleli na jego temat.

Bardzo Ci dziękuję, ale Twoja pobłażliwość dla mojej skromnej osoby, jedynie zadziałała na Twoją niekorzyść, bo sprowokowała mnie do publikacji kolejnych, już dwudziestu tekstów.

Muszę Ci się przyznać, że jest to dla mnie niezwykłe doświadczenie.

Poza oczywistym łechtaniem swojej próżności – bo ktoś chce poświęcić czas i przeczytać to, co ja napisałem, to samo zjawisko blogoświata i ludzi publikujących i czytających tam cudze teksty (do tej pory właściwie mi nieznane) pokazało mi coś, z czego nie do końca zdawałem sobie wcześniej sprawę.

Owszem, wiedziałem, że treści w Internecie są globalne ale co innego wiedzieć a co innego odczuć.

Uszy zapłonęły mi rumieńcem (nie wiedziałem wcześniej, że uszy się rumienią – moje uszy wcześniej co najwyżej się ruszały, ku uciesze gawiedzi, ale żeby się rumieniły…), kiedy jakieś narzędzie do gromadzenia statystyk na stronie, pokazało mi z jak odległych zakątków świata, ludzie wchodzą i przeglądają moje pościki (tak, wiem, większość to boty… ale co mi tam – ojejujeju).

Jeśli czytałeś moje wcześniejsze wpisy, wiesz, że nie są to teksty specjalistyczne. Nie mają wspólnego profilu, nie są tematyczne. Dotyczą spraw, które aktualnie mnie poruszyły albo stanowiły przyczynek do zastanowienia.

Nie mogę zatem liczyć na czytelnika, który szuka tutaj konkretnych informacji, odpowiedzi na jakiś konkretny temat.

A skoro tak, to bardzo się cieszę, że są osoby, które tutaj wracają pomimo tego, że nie ma tu nic konkretnego a jedynie strumień niekoniecznie spójnej świadomości.

Po co mi to wszystko?

Publikuję bo mogę. W sensie technicznym – to jest bardzo proste, ale również mogę w sensie pokonania swojego wewnętrznego cenzora.

On zwykle ma rację i większość tych tekstów nie powinna się ukazać publicznie.

E tam, żaden z nich nie powinien.

Ale ponieważ udało mi się przełamać barierę wstydu, dzielnie walczę z cenzurą. I jeśli będę miał coś do dodania, to prawdopodobnie jeszcze coś tutaj zamieszczę.

Dziękuję za Twój czas poświęcony na przeczytanie tego wpisu, jak być może i innych na mojej stronie.

Proszę przy okazji o pozostawienie jakiegoś śladu, komentarza.

Też chętnie Cię poczytam…

A poza wszystkim, po prostu, lubię mówić z Tobą…

© mojaameba.com

0 0 votes
Article Rating
Please wait...

jeremiasz82 Autor

Subskrypcja
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments