Bajka o żurawiu i…

W pewnej krainie – zwyczajowo położonej za siedmioma górami, siedmioma rzekami i ogromną ilością lasów, było jezioro.

Nie, nie było tam krasnali, księżniczek i innych tego typu stworów.

A jeśli były, to nie ma to znaczenia dla naszej opowieści.

Było jezioro.

Właściwie to staw.

Staw miał swoją nazwę – miejscowi nazywali go… Stawem.

Nikt nie twierdził, że miejscowi grzeszą pomysłowością.

Staw był zapuszczony. Od dawna nikt nie hodował w nim ryb. Te, które tam pozostały, hodowały się same, zgodnie z odwiecznymi prawami natury i wolnego rynku w skali mikro.

Brzegi Stawu obrośnięte były szuwarami, pałką i innym listowiem.

Było to doskonałe miejsce do życia dla żab, owadów, niektórych ryb i naszych głównych bohaterów.

Żuraw, bo o nim między innymi opowieść, żył w tych szuwarach od kiedy pamiętał. Mogło to być już bardzo długo albo od ostatniej wiosny.

Po wypadku jakiego doznał w okolicach maja, zupełnie stracił pamięć i nie wiedział od jak dawna zamieszkuje szuwary i Staw.

Żuraw był pięknym ptakiem: miał długie nogi, długą szyję, długi dziób i ogólnie był z gatunku długich – tylko pamięć miał krótką (to ta słynna równowaga w przyrodzie).

Poza problemami z ulotnością wspomnień, żuraw był zupełnie zdrowym i do rzeczy ptakiem, ale chociaż zdolny do lotu, nie próbował nawet odrywać się od Stawu, zarośli i swojego kolegi.

Kolega ów także był ptakiem, jednak znacznie od żurawia mniejszym.

Zaprzyjaźnili się szybko, bo gdy się poznali obydwaj byli nieco poturbowani przez życie a w przypadku kolegi żurawia, również przez lisa, spotkanie z którym zakończyło się dla niego zwichniętym skrzydłem i nieuleczalnymi problemami z błędnikiem.

Ptaki opiekowały się sobą wzajemnie. Żuraw łowił żaby i drobne rybki dla siebie i swojego kompana, za co tamten odwdzięczał się opowieściami na temat świata ponad szuwarami.

Trzeba Wam bowiem wiedzieć, że żuraw mało, że nie latał, to nie unosił nawet głowy ponad listowie, choć wystarczyło aby tylko wyprostował szyję.

Nie rozglądał się ze strachu.

Nie pamiętał dokładnie, co złego mu się stało ale był pewien, że ponad zaroślami czyha niebezpieczeństwo.

Pewność co do tego umacniały wszak opowieści małego przyjaciela na temat lisa, z którym miał nieprzyjemność się spotkać ale także na temat innych, niebezpiecznych i nieprzyjaznych ptaków, które przecież licznie ściągały nad Staw.

Żuraw nie wiedział nic na temat ptaków, które mogłyby mu zagrażać nad Stawem ale skoro jego przyjaciel twierdził, że niebezpieczeństwo jest ogromne, on mu wierzył i nie ryzykował opuszczenia kryjówki.

Z resztą było mu tutaj dobrze, miał co jeść, miał dostęp do wody, którą tak lubił i wreszcie miał kogoś, kto się o niego troszczył i dotrzymywał mu towarzystwa.

Jeśli się jednak dobrze przyjrzysz naszym towarzyszom, dostrzeżesz pewną rysę na tym pięknym obrazku.

Mały kolega nie troszczył się o żurawia wyłącznie dla jego dobra. Po prawdzie mały ptaszek nie był lubiany wśród swoich ani wśród innych zwierząt.

Miał skłonność do matactw, intryg i działań, które nie przystoją żadnemu przedstawicielowi świata zwierząt.

Ponieważ te machlojki przyniosły jego stadu wiele szkód i naraziły na ogromne niebezpieczeństwa, po sprawiedliwej rozprawie, został przez swoich współplemieńców wydany na pastwę lisa, który nie zabił ptaszka tylko dlatego, że ten od początku wyglądał na chorego. Swą nikczemną posturą i dość kaprawym spojrzeniem skutecznie zniechęcił kata do czynienia swej powinności.

Lis tylko nieznacznie poturbował ptaszka (a poturbował tylko ze względu na dawny dług wdzięczności wobec jego stada), ale nie zabił go, a o konsumpcji nawet nie pomyślał.

Wiesz już teraz, że mały kolega był właściwie skazany na żurawia. Sam nie potrafił już latać ani łowić, nie miał też czego szukać wśród innych zwierząt.

Tylko żuraw nie wiedział jaki jest naprawdę i ufał mu bezgranicznie a maluch powoli ale skutecznie utwierdzał żurawia w przekonaniu, że ten może liczyć tylko na swojego małego towarzysza a właściwie jest od niego zależny, bo tylko on swoją wiedzą i doświadczeniem jest w stanie uchronić ich dwójkę przed przerażającym światem ponad szuwarami.

I tak żyli sobie wspólnie całkiem spokojnie i dostatnio.

Minęło lato, dni stawały się coraz krótsze a noce coraz chłodniejsze.

Żuraw zaczynał odczuwać pewien niepokój.

Coś głęboko pod jego skórą, podpowiadało mu, że należałoby podjąć pewne działania, że nadchodzi pora zmian.

Mały kompan wyczuwał te niepokoje, z którymi z resztą żuraw wcale się nie krył przed ptakiem, którego przecież uważał za przyjaciela.

Mały jednak skutecznie tłumaczył mu, że te obawy są naturalne, bo jak się nie bać kiedy noc coraz dłuższa, a tuż tuż, poza granicą sitowia, już czekają na nich wyłącznie same niebezpieczeństwa.

Twierdził, że to instynkt podpowiada żurawiowi, żeby pozostał gdzie jest i się nie wychylał bo spotka go coś strasznego.

Wszystkie inne żurawie doskonale wiedziały, co tak naprawdę instynkt im podpowiadał – to była pora odlotów do cieplejszych miejsc na zimę.

Żurawie zbierały się w stada i powoli kierowały na południe robiąc jednak postoje nad różnymi zbiornikami wodnymi dla uzupełnienia zapasów.

Pora jeszcze nie zmuszała do pośpiechu. Na razie trwały przygotowania do właściwej wyprawy.

Zaskakujące, że mając dookoła tyle pięknych jezior, jeden z kluczy żurawi wybrał właśnie nasz Staw jako miejsce swojego postoju w długiej drodze.

Co spowodowało, że akurat tutaj się zatrzymały? Może właśnie instynkt. Stadne wyczuwanie „swojego” potrzebującego pomocy?

Nie wiem. Jednak dzięki temu, że te dumne ptaki zatrzymały się właśnie nad Stawem, mogę kontynuować swoją opowieść.

W stadzie tym przebywała młoda samiczka.

Miała na imię Żuraw – a czego się spodziewałeś po żurawiach?

Czuła się troszkę nieswojo w grupie, w której wszyscy mieli swoje pary.

Ona niestety za późno zorientowała się, że nadszedł właściwy czas i pomimo kilku zalotników, starających się o jej względy, ona nie była tym zainteresowana.

Gdy więc dotarło do niej, że właściwie to już pora na znalezienie towarzysza podróży, wszystkie samce w stadzie były już zajęte. Nawet te pokraki, które zawsze ciągnęły się na końcu klucza, znalazły sobie partnerki – tylko ona (choć całkiem, całkiem), jako jedyna w grupie pozostała sama.

Żurawie to nie są ciche ptaki. Pewnie miałeś okazję usłyszeć ich śpiew. Te też nie milczały.

Dyskutowały na wszelkie tematy – bieżące sprawy aprowizacyjne, plany podróży (choć przecież trasa jest znana i niezmienna od pokoleń). Snuły także opowieści o dawnych dziejach i o przodkach, którzy latali tak jak one, przed wiekami. Którzy dzielnie stawiali czoła przeciwnościom i wrogom, wspólnie dając radę nawet potężniejszym od siebie.

Wiele prawd w ten sposób przekazywano najmłodszym w stadzie. Młodziki w ten sposób uczyły się kim są, skąd pochodzą i ile mogą zdziałać trzymając się stada i wspierając się wzajemnie.

Śpiew żurawi niósł się po Stawie wraz z podnoszącą się nad wodą mgłą. Docierał także do pary naszych bohaterów.

Głosy ptaków nęciły naszego żurawia. Nie znał ich ale czuł coś znajomego w tych dźwiękach. Coś podpowiadało mu, że może należałoby sprawdzić, czy te ptaki są rzeczywiście tak niebezpieczne jak powtarza mu jego mały przyjaciel.

Właśnie – mały. Drżał na samą myśl, że zostanie sam. Nie chodziło o to, że specjalnie lubił żurawia – uważał, że jest naiwnym dostarczycielem pożywienia i rozrywki.

Ale właśnie, kto będzie go karmił, jeśli zabraknie żurawia. O nie, nie może do tego dopuścić.

Zaczął tłumaczyć żurawiowi, jak niebezpieczne są te ptaki, które właśnie rozbiły obóz po drugiej stronie Stawu. Ptaszyska te podobno atakują i mordują z zimną krwią każdego, a z piór swoich ofiar przygotowują jakieś tajemnicze amulety.

Przytaczał całą masę przypadków, w których inne ptaki po spotkaniu z takim stadem nie wracały do swych rodzin a ich pióra były znajdowane w różnych miejscach Stawu oskubane do gołej stosiny.

Żuraw nie bardzo pamiętał czym jest stosina ale opowieści były na tyle obrazowe, że nie odważyłby się ruszyć z miejsca, nie mówiąc o wydawaniu jakichkolwiek dźwięków.

Sprawa szła o jego stosiny, więc nie można było ryzykować.

Nie zaryzykował.

Po dwóch dniach wędrowne stado uformowało w powietrzu piękny klucz i ruszyło w dalszą drogę.

Tylko wprawny matematyk byłby w stanie odkryć, że klucz składał się z nieparzystej liczby ptaków.

Żuraw wraz z małym kompanem pozostali bezpieczni w swojej kryjówce tuż przy brzegu oczka wodnego zwanego Stawem.

Historia już jest smutna ale niestety, życie nie poprzestaje na drobnych prztyczkach i jeśli może, to dobija mrówkę obcasem.

Nasi towarzysze nie przeżyli mroźnej zimy.

Pozostali jednak wierni swej kryjówce i sobie wzajemnie. Nie rozstali się do samego końca.

Mały nie miał dokąd odejść a żuraw bał się świata poza sitowiem i życia bez dyktatury małego kolegi, od której przecież uzależnił swój los.

Jaki morał płynie z tej opowieści? A żeby to jeden morał… Ja Ci wyłuskam trzy – na zachętę:

W końcu będziesz się musiał zdecydować – albo kumple albo dziewczyna

Skoro jesteś samotna w stadzie, to prawdopodobnie trzeba się było szybciej orientować, że to już właściwa pora

Jeśli nie pamiętasz kim jesteś i nie szanujesz siebie, nie ma w tobie dumy i odwagi ale również ciekawości świata i otwartości na innych – to ryzykujesz, że o twoim życiu i śmierci zadecyduje jakiś chory kurdupel.

A teraz Witek Muzyk Ulicy… Kto nie zna, niech pozna koniecznie – im więcej pozna tym radośniejszym człowiekiem może być. Gorąco polecam!

© mojaameba.com

0 0 votes
Article Rating
Please wait...

jeremiasz82 Autor

Subskrypcja
Powiadom o
guest
2 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
Inline Feedbacks
View all comments
Anonimowo

Opowiadanie palce lizać i nie tylko palce.