Słowo się rzekło, a kultura wymaga

Ponownie rzecz o smokach, dziewicach i innych mitycznych stworach.

Jakiś czas temu obiecałem, że wrócimy do tematu kultury politycznej.

Obiecałem… To właściwie można uznać za groźbę – może nawet karalną.

Skoro jednak słowo się rzekło, to ciągnę kobyłkę do płotu.

Ponieważ z kolei ktoś wypomniał mi moje wykształcenie, podejdę do zagadnienia nieco poważniej niż miało to miejsce w przypadku wpisu Poprawność polityczna.

Nie musisz się jednak obawiać – aż tak poważny nie będę i nie jest to praca naukowa.

Postaram się jednak wyprostować coś, co sam miałem czelność przekrzywić.

Kultura – słowo samo w sobie już wywołuje swędzenie między łopatkami – tam gdzie trudno jest samemu się podrapać.

Jak ugryźć coś tak rozdmuchanego? Olbrzymia konstrukcja o korzeniach sięgających niemal najgłębszych piwnic bazyliki w Licheniu.

Kultura wysoka, niska, kultura dalekiego wschodu, wczesnych chrześcijan, późnych Azteków… Wreszcie coś, o czym będzie traktował ten tekst – żywa kultura bakterii.

Czy kultury można się nauczyć?

Kiedyś uczono kultury przez dyscyplinę – teraz nawet słowo dyscyplina jest na cenzurowanym – czy to właśnie dlatego kultura tak się męczy?

Jak to jest? Przecież kultura to nie jest matematyka czy chemia.

To nie jest zestaw formuł, reguł, wzorów, metod, dowodów, tez i doświadczeń. W kulturze się uczestniczy, współtworzy się ją.

Każdy element życia społecznego jest elementem składowym kultury tego społeczeństwa.

No i zrobiło się poważnie.

Nie ma się jednak co spinać – społeczeństwo, owszem budzi pewien niepokój ale jednak większość z nas jakoś daje sobie z tym radę.

Chcę zwrócić uwagę na fakt, który mija się z popularnym i powszechnym rozumieniem słowa kultura.

Pod to słowo podstawiamy zwykle jedynie elementy składowe kultury – jak na przykład jej wytwory: literatura, malarstwo, rzeźba, teatr, architektura, muzyka czy język. Są nimi również wzorce zachowań – to co w danej grupie społecznej uznawane jest za właściwe albo zupełnie niestosowne.

Częścią składową kultury są wreszcie wypracowane przez wieki i wciąż ewoluujące relacje danej grupy i jej przywódców (żeby nie powiedzieć, że ich stosunki).

I właśnie ten ostatni przykład wbrew potocznemu uważaniu, jest właśnie kulturą polityczną (zgodnie ze swobodnie interpretowaną przeze mnie definicją).

Oczywiście takich elementów można wymieniać znacznie więcej – ale już wystarczająco przynudzam.

Dobrze, więc czego właściwie ta kultura wymaga?

Otóż właśnie – kultura niczego nie wymaga, bo nie może – nie od tego ona jest.

My możemy wymagać od kultury!

Ale, żeby oddać pełnię grozy, to trzeba zauważyć, że w takim razie należy wymagać przede wszystkim od siebie – jako elementu stanowiącego, legitymującego i egzekwującego owej kultury (jakbym czytał slogany z murów kopalni Czerwionka-Leszczyny).

Składowymi kultury politycznej są między innymi stopień i zakres uczestnictwa społeczeństwa w sprawowaniu władzy – na przykład.

Tak tylko wspominam, bo w tym akurat zakresie sam mam sobie sporo do zarzucenia i z tego punktu widzenia jestem osobą zupełnie niekulturalną, nad czym być może postaram się w przyszłości popracować.

Z tego miejsca chciałem przeprosić moich uważnych czytelników za nadużycie, którego się dopuściłem upraszczając obszerne zagadnienie kultury politycznej do marnej namiastki jaką jest “kultura osobista” polityków, o której zapewniam, że pisać nie zamierzam – choć i w niniejszym tekście przyrównałem ją do kultury bakterii z rodziny lactobacillus – oczywiście ze szkodą dla zupełnie niewinnych bakterii mlekowych.

Pokajałem się i naprostowawszy nieco wcześniej skrzywiony obraz naszej dzisiejszej głównej bohaterki, chciałbym jeszcze wspomnieć o jednym fenomenie.

Otóż nie od dziś wiadomo, że jeśli nazwiemy jakieś zjawisko, to następnego dnia ktoś wyda pracę doktorską na temat tego właśnie noworodka. Zbada go dogłębnie, wysnuje kilka przełomowych tez a następnie na czterystu stronicach udowodni wszystkie a przynajmniej znakomitą ich większość.

Te nieudowodnione będą oczywiście przyczynkiem do dalszej pracy habilitacyjnej naszego badacza.

Tak właśnie zjawisko kultury politycznej znalazło swe naukowe opracowania, a co symptomatyczne, jako pierwszy (albo raczej jeden z pierwszych) tego terminu użył nasz rodak Józef Jan Siemieński, a mówił o kulturze w kontekście Konstytucji III maja – kim był pan Siemieński i o co właściwie mu chodziło, każdy może wyczytać w internetach – takie czasy i taka kultura (parafrazując Cycerona i jego słynne „O tempora, o mores!”).

A wracając do naukowych kierunków badania kultury politycznej – jeśli ktoś bardzo chce, to oczywiście może pokusić się o analizę dzieł rodzimych jak i zagranicznych badaczy dziedzin socjologii, socjologii politycznej czy politologii – ale czy nie dość czasu zmarnowaliście przeze mnie, żeby jeszcze psuć sobie przeglądarkę tak dziwnymi kwerendami?

Nagroda dla wytrwałych. Cokolwiek bym nie napisał o kulturze (w tym również politycznej) i tak nie będzie tak trafne jak występ poniżej.

© mojaameba.com

0 0 votes
Article Rating
Please wait...

jeremiasz82 Autor

Subskrypcja
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments