Meeting

Cześć, mam na imię Tomek. Od trzydziestu pięciu lat jestem grubasem.

Nie jestem anonimowy.

Ciężko ukrywać nadwagę nie wspominając o otyłości.

Zanim ktoś pozna moje imię, doskonale wie co ma myśleć na mój temat.

Jestem grubasem od zawsze – a przynajmniej od kiedy pamiętam.

Stan, o którym piszę nie wynika z problemów hormonalnych, niedoczynności czy nadczynności czegokolwiek poza przysadką lenistwa i gruczołem łakomstwa.

Własnoręcznie, sukcesywnie podnosiłem wartość energetyczną swoich posiłków, zmniejszając łączną ilość ruchu do niezbędnego minimum.

Nie owijając w bawełnę – spasłem się.

Nigdy nie osiągnąłem stanu klinicznego. Wystarczy jednak zauważyć, że idąc do ogólniaka ważyłem ponad dziewięćdziesiąt kilo. To są takie parametry, że w sumie nic wielkiego jeszcze się nie dzieje, ale już głupio w sklepie pytać o spodnie w swoim rozmiarze.

Oczywiście, że wiązało się to z pewnymi przykrościami. Szczególnie na początku podstawówki. Dzieciaki potrafią dopiec. Robią to jednak tylko dopóki są w stanie oddychać a ponieważ moja masa skutecznie pozwalała pozbawić oddechu samym tylko faktem, że na kimś usiadłem…

Sami rozumiecie. Byłem gruby ale dawałem sobie radę. Zatem czynnik motywacyjny w postaci upierdliwych rówieśników został szybko spacyfikowany.

Miałem kilku sprawdzonych przyjaciół, raczej wesołe usposobienie i mechanizmy obronne, pozwalające odseparować moje samopoczucie od ogólnego stanu fizycznego. Muszę jednak dodać, że stan ów, wcale nie był opłakany.

Poza kiepskim BMI nie narzekałem na złe wyniki badań czy złe samopoczucie związane z moją nadwagą. Albo inaczej – ciężko było jednoznacznie powiązać ewentualne problemy zdrowotne z moją tuszą – więc ich nie wiązałem.

Z tym brakiem ruchu to też troszkę uproszczone.

Owszem, były dziedziny sportu, które lubiłem i chętnie uprawiałem (mówimy tu u uprawianiu w sensie ogródka a nie sportów wyczynowych). Dobrze pływałem, lubiłem żeglarstwo… i chyba tyle – o innych aktywnościach nie ma co wspominać.

Także tego… okres dojrzewania… łojezu… żartuję – wcale nie było tak źle.

Nie było tajfunów, burz ani nawet szkwałów hormonalnych.

Na tym etapie oczywiście wygląd się liczy ale jak się nie wygląda to trzeba radzić sobie inaczej. Ja nadrabiałem gębą.

Potrafiłem przegadać każdego w dowolnym temacie. Brak wiedzy tuszowałem “intuicją erystyczną” albo jak kto woli tupetem.

Jak już weszliśmy na “mam talent”, to miałem jeszcze jedną super moc – słuchałem i potrafiłem zachować dla siebie to, co usłyszałem.

I tyle wystarczyło.

Ze szkołą jest tak, że jeśli znajdziesz sposób, to jesteś w stanie przeżyć ten etap bez większych trudności.

Ja przeżyłem i nawet dobrze wspominam ten okres.

Postaram się nie rozpisywać nad tym bo chodzi tylko o zbudowanie tła dla właściwego przekazu – ale to oczywiście za chwilę. Jak mawiają piloci wycieczek: “przejdźmy dalej”.

W związku z tym, że bardzo szybko nauczyłem się akceptować pewne sprawy i nie przejmować nadmiernie ograniczeniami w stylu zadyszka, ciasne gacie, światło w lodówce i “nienadmierne” zainteresowanie dziewcząt moją osobą, nad-waga nie stanowiła dla mnie jakiegoś szczególnego problemu.

Byłem jaki byłem i poza tym, że musiałem kombinować durne teksty, żeby poderwać dziewczynę zamiast olśnić ją kratą na brzuchu, nie miałem powodów, żeby dostrzec problem mojej “wagi państwowej”.

I dochodzimy do punktu zwrotnego tej opowieści.

Mając jakieś dwadzieścia dziewięć lat wlazłem przez przypadek na wagę.

Przypadek dotyczył badań okresowych do pracy i podwyższonego ciśnienia.

No i zrobiło mi się nieswojo.

Mało, że to durne ustrojstwo nie zatrzymało się przed setką (a mówimy o wadze gabinetowej – takiej obsługiwanej przez lekarza/pielęgniarkę), to maszynę właśnie obsługiwała śliczna pani doktor.

A ja na wciągniętym brzuchu już straciłem całą wiarę w nadrabianie miną swojej sytuacji somatycznej.

Gęba czerwona od nadciśnienia, bezdechu a teraz jeszcze ten wredny odczyt – 106 kg.

Odebrałem pokornie reprymendę pozbierałem swoje urażone i jakby mniej nabrzmiałe ego i poszedłem na piwo zmierzyć się z prawdą na temat widoków na przyszłość kardiologiczną mojego otłuszczonego organizmu.

Sześć lat temu, w zaledwie cztery miesiące, zrzuciłem dwadzieścia cztery kilogramy.

Wiem – za szybko i na pewno niezdrowo.

Mam to gdzieś – zrzuciłem i mniej więcej trzyma się do tej pory – no dobra, z trójkę można by znowu zrzucić dla kosmetyki.

Dałem radę, jest sukces hip hip i nawet hura. I co dalej?

Mam na imię Tomek i od trzydziestu pięciu lat jestem grubasem.

Od sześciu lat jestem grubasem bez nadwagi ale fakt pozostaje faktem.

To nie jest alkoholizm ale z tego się nie da wyleczyć podobnie jak z tego pierwszego.

Sposób myślenia i postrzegania siebie pozostaje, nawet gdy rozmiar spodni zmieni się na oczekiwany. Dla siebie samego wciąż jest się grubym.

Nie chodzi o anoreksję tylko o obawę – z resztą uzasadnioną, że chwila nieuwagi zniweczy cały wysiłek. I znowu człowiek zacznie męczyć się sam ze sobą.

Teraz już będę wiedział, że się męczę bo wiem jak jest bez tych dodatkowych dwudziestu kilo.

Fakt, że lubię smacznie zjeść a nadmierny wysiłek fizyczny wciąż kłóci się z moimi przekonaniami politycznymi wcale mi w tym wszystkim nie pomaga.

Po co o tym w ogóle piszę?

Jak to? Oczywiście, że dla siebie. Żeby poprawić sobie samopoczucie, pochwalić się i odbyć sesję autoterapii.

A poza tym ten temat jest dla niektórych trudny i może w ten sposób w czymś pomogę.

Osoby z takim problemem bardzo często widzą w wymarzonej wadze czy wymiarach swój prywatny Mount Everest.

Ja też tak miałem.

Postawiłem sobie cel – zrzucić x kilogramów. Problem jest jednak troszkę obok. Bo to x kilogramów to wcale nie jest szczyt ośmiotysięcznika to jest etap – trudny ale tylko etap.

I teraz przyszła pora na konkluzję.

Jeśli faktycznie czujesz potrzebę wyłażenia na tę górę, to nie rób tego sam. To wygląda jak kryptoreklama ale będąc na tym szlaku, uważam, że dużo efektywniej i przede wszystkim bezpieczniej byłoby poruszać się tu z pomocą fachowców.

Da się oczywiście samemu – ja nie miałem sztabu dietetyków – ale skoro remont generalny silnika zostawiamy mechanikom to czemu sami bierzemy się za remont mechanizmu dużo bardziej skomplikowanego?

Tak czy inaczej trzymam kciuki! Gdybyś chciał pogadać o tym lub o czymkolwiek to pisz!

© mojaameba.com

0 0 votes
Article Rating
Please wait...

jeremiasz82 Autor

Subskrypcja
Powiadom o
guest
3 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
Inline Feedbacks
View all comments
Karolina Niedziela

Piekny i madry tekst. Jestem dietetykiem i po za tym ze sama zajmuje sie osobami otylymi mysle o stworzeniu „grupy wspracia” dla osob z tym problemem. Jedynie co to nigdy nie bylam otyla a malo ktory pacjent/klient chcialby pomagac prowadzic… Czytaj więcej »