Moby Dick a prace ziemne

Pamiętasz filmik, który swego czasu krążył po Sieci, o martwym wielorybie, wyrzuconym na plażę?

Jakiś nieszczęśnik, w przypływie fantazji, uznał za doskonały, pomysł przebicia wzdętego gazami gnilnymi truchła .

No cóż, nie trzeba wielkiej wyobraźni aby domyślić się, co nastąpiło potem. Eksplozja była tak wielka, że trzy okoliczne wsie zmiotło z powierzchni a wspomniany nieszczęśnik, o ile całe zajście przeżył, nie pozostał już tym samym człowiekiem, równie swobodnie podchodzącym do tematu przemijania, co wcześniej.

Jak już wspominałem jestem spaceroholikiem.

Spaceruję najczęściej na trasie dom-praca i z powrotem.

Ponieważ trasa ta w znakomitej większości prowadzi uliczkami ścisłego centrum Królewskiego Miasta Krakowa, mam od kilku dni sposobność podziwiania prac ziemnych tam właśnie prowadzonych.

Otóż znamienita firma empec postanowiła przewiercić się ze swoimi rurami przez sam środek starego grodu.

W tym celu pozamykano część ulic, wprowadzono mniej lub bardziej ciężkie maszyny i zaczęto ryć. Całość wygląda bardzo fachowo (jeśli może to ocenić moje niefachowe oko).

Maszyny są żółte, kamizelki pomarańczowe, a działania kończą się zwykle około godziny szesnastej – czyli pełna “profeska”.

Nie jestem fachowcem – to już ustalono, więc poza podziwianiem koloru maszyn i kamizelek pozostałe moje aktywności w temacie wyżej wspomnianych prac ograniczyłem do tępego gapienia się w dziurę.

To chyba jest jakiś atawizm ale od dziecka (konsultowałem z kolegami i każdy potwierdził podobną skłonność), jak jest dziura w ziemi to po prostu muszę się w nią zagapić.

No więc zagapiam się w te dziury, podziwiając ujawnione warstwy geologiczne miasta, w którym od kilkunastu lat mieszkam, żyję i chyba, które, w jakiś wynaturzony sposób, jednak pokochałem.

Nie jest to miłość łatwa ani oczywista. Od początku to ja byłem stroną starającą się.

Wbrew pozornemu otwarciu tego miasta na młodych, wcale nie jest łatwo tym młodym się tu przytulić.

Co odważniejsi lub bardziej zdesperowani pozostają po studiach lub przyjeżdżają z mniejszych miejscowości szukać swojej szansy – a może zwabieni legendami i niewątpliwym urokiem Grodu Kraka.

Takoż i ja, zwabiony urokiem i legendami, przyjechałem i próbuję przeżyć i wkupić się w łaski tego miejsca.

Wciąż poznając nowe zakątki i odkrywając nieodkryte, próbuję pogodzić się z tematami, których zrozumieć nie sposób.

Nie chcę tutaj pisać o tajemnicy testowania maszyn sprzątających (chyba nieudanych sadząc po stanie ulic i chodników), nie będę się wywnętrzał na temat zabudowywania tuneli/kanałów powietrznych/tlenowych miasta przez developerów. Słowem nawet nie wspomnę o smogu, bo kogo to interesuje.

Nie ma sensu również opowiadać bajek na temat klanów rodzin profesorskich czy innych kumoterskich układów w każdej większej instytucji tego miasta – bo i po co. Gdyby kogoś to na prawdę interesowało, mógłby nasłuchać się długich opowieści w dowolnej knajpie czy na Kleparzu, wybierając sobie pęczek pietruszki do tradycyjnego niedzielnego rosołu.

Ja nie chcę się na tym skupiać bo i po prawdzie, co z tego, że każdy z tych elementów życia w Krakowie, uprzykrza, utrudnia i troszkę zniechęca. Skoro są one częścią “życia krakoskiego”, są one tak samo “krakoskie” jak “czydzieści czy”, ” a idze idze”, “krucafuks”, czy takie perełki jak Szkieletor (który po kilkudziesięciu latach zmienia swe oblicze – jak dalece to tylko czas (sic!) pokaże), Hotel Forum czy Cracovia – z sensacyjnymi opowieściami, podsłuchami, prostytutkami i dewizami, Nowa Huta – ze swoim urokiem, własną historią i legendami, Kazimierz ( który w ciągu dwudziestu lat zmienił się bardziej niż koncepcja telefonu w tym samym czasie – czy na lepsze? ), Podgórze, które zostało odkryte na nowo i odżywa (boję się tylko, żeby nie stało się drugim Kazimierzem, żebym i w tym przypadku nie miał problemów ze stwierdzeniem czy zmiany mi się podobają), i tak dalej i tak dalej…

A ta cała cepeliada ze smokiem, Wawelem, Sukiennicami i zalaną deszczem Bracką, nie jest Krakowem – to jest już niestety czysty marketing. Przyjemny i miły dla o oka czy ucha ale to są tylko symbole.

Ważne, żeby reszta miasta za tymi symbolami i nimi nakręconym wizerunkiem miasta, nadążała. Czy tak jest? Oczywiście, że nie.

Kraków rośnie, pięknieje (gdzieniegdzie), w innych miejscach brzydnie haniebnie – ale to Kraków.

Kocha się go albo nienawidzi ale nie za to jaki jest tylko czym jest.

I pomimo tego, że z pewną obawą mijam wyrwy w jezdni, i dłubiących w tych wyrwach ludzi i maszyny. To mimo wszystko wierzę, że nie grozi nam wybuch jak wielorybowi ze wspomnianego filmiku.

Przecież to wszystko, co się tu dzieje, pokazuje, że to miasto jednak żyje, a ewentualna zgnilizna nie dotyczy serca i trzewi a jest jedynie powierzchownym nalotem na tym wielkim i jednak wspaniałym “cielsku”.

Z Królewskiego Miasta Krakowa, pozdrawia Twój korespondent.

Na koniec, tradycyjnie, ilustracja muzyczna – smacznego 🙂

© mojaameba.com

0 0 votes
Article Rating
Please wait...

jeremiasz82 Autor

Subskrypcja
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments