Amputacja całkiem zdrowej ręki a odkrycie brązowego karła

No i się zagalopowałem.

Pomimo złożonej deklaracji, muszę się do czegoś przyznać.

Nie jest mi wszystko jedno. Staram się jak mogę ale jednak mi nie wychodzi.

Twierdziłem, że brak decyzji jest najgorszą decyzją.

Nie wiem czy to nieprawda, jest jednak temat, w którym nie potrafię dokonać wyboru i podjąć… no właśnie, decyzji.

Nie są to kwestie fundamentalne. Choć z każdej strony wkładają mi do głowy, że są  kluczowe dla mnie, dla nas i nawet dla przyszłych pokoleń.

Tak, dobrze się domyślasz o co chodzi.

Ustawy, kaeresy, konstytucje, zmiany, reformy, reżymy, ustroje, rewolucje, prawa, bezprawia i cała reszta słów, którymi atakuje mnie świat. Atak jest tak szeroko zakrojony, że pomału zaczynam obawiać się zaglądania do lodówki z wiadomych powodów.

Wybór wbrew temu, co się tłoczy, nie jest jednoznaczny. Nie polega na decyzji czy popieram PIS czy popieram NIEPIS. Ja nie popieram żadnej z tych opcji. A moja konsternacja wynika z tego, że niestety nie ma opcji, którą mógłbym poprzeć.

Tak samo, jak wkurza mnie buta i bezczelność, z jaką, patrząc mi prosto w oczy, usiłuje mi się wyrwać rękę, cały czas sącząc mi do ucha słodkie „od dawna wiesz, że ta ręka jest zła, brudna i wymaga zmian”.

Owszem, ona może i jest ubrudzona, może i nie jest najpiękniejsza. Może nie jest to ręka chirurga, precyzyjna i dokładna. Ale do jasnej cholery, to jest moja ręka – działa i wystarczy ją umyć!

W równej mierze obezwładnia mnie fakt, że nie mogę liczyć na niczyją pomoc w obronie mojej ręki.

Grupa, która krzyczy i manifestuje, że tak nie wolno, że to niedopuszczalne, nie robi tego, żeby uratować moją rękę.

Ja nie wiem dlaczego krzyczy ale na pewno nie chodzi o moją rękę. Skąd o tym wiem? Bo wyszarpując moją rękę spod toporka domorosłego (nie tak znów rosłego…) konowała, jednocześnie wyłamuje mi ją ze stawu. Nie mam złudzeń – ani jednym ani drugim nie chodzi o moją rękę ani o mnie – a przynajmniej nie o nasze dobro (moje i mojej ręki – najlepiej wspólnie).

Tym bardziej nie zdziwi mnie, jeśli okaże się, że oni wcale nie szarpią się o moją rękę a o ten tępy toporek, którym mogliby tę rękę odjąć od całej mojej nieszczęsnej reszty.

Oczywiście manifestacja jest fajna. Pozwala upuścić nieco ciśnienia. Zwolnić wentyl bezpieczeństwa. Można się wykrzyczeć i mieć poczucie wspólnej walki i wpływu na cokolwiek. Nie wierzę w ten wpływ. Imię w końcu do czegoś zobowiązuje.

Historia pokazuje, że teorie spiskowe są ubogie w swej fantazji w stosunku, do tego, co faktycznie ludzie są w stanie wykręcić i jak potrafią zmanipulować opinię tzw. publiczną.

Bismarck twierdził, że naród nie powinien wiedzieć dwóch rzeczy: jak wytwarza się parówki i jak podejmuje się decyzje polityczne. I Bismarck wiedział, co mówi – przynajmniej w temacie polityki.

Obydwa obozy władzy są dla mnie wrogie – tu nie mam wątpliwości.

Nie ufam im i nie wierzę za grosz. Weto, brak weta… Niepowetowane zyski lub straty…

Ustawy przeciskane kolanem w środku nocy są dla mnie bardziej transparentne (tak, bo oczywiste jest to, że mają budzić mój sprzeciw – zarówno sama ich treść jak i tryb przeciskania) niż te, które grzecznie i po cichu przechodzą w świetle dnia – bo o tych nikt nawet nie wspomni.

Jasne, jako świadomy obywatel, powinienem się zainteresować, przeczytać, dowiedzieć… i co wtedy?

Po pierwsze i tak nie zrozumiem tego co przeczytam – a po drugie jeśli nawet coś zrozumiem i uznam, że to jest złe – to co, manifestacja? Moja manifestacja nie będzie moją.

Przecież to też jest zawsze  w czyimś interesie i wcale nie moim ani mojej ręki. Nie jestem “suwerenem” (to słowo wkurza mnie dramatycznie). Nie jestem podmiotem ani nawet przedmiotem sprawowania przez dowolny obóz władzy.

Jestem jak wojskowa definicja kałuży – obiekt wodny bez znaczenia strategicznego. Różnica jest jednak taka, że jak tysiące, miliony kałuż zleje się w jedną masę wody, to nic tej masy nie zatrzyma i nie ma nad nią żadnej kontroli.

Z takimi kałużami jak ja, jest taki problem, że nam się wydaje. A to wydawanie powoduje, że można nami sterować – pośrednio lub bezpośrednio.

A najmniej co można, to po prostu wykorzystać do własnych celów to nasze wydawanie. I co z tego, że wkurzone kałuże w całym kraju zleją się w jedną (w jedną się nie zleją – to utopia) albo dajmy na to, zbierze się pokaźna sadzawka i uleje się dziecięciu.

Taka społeczna inicjatywa oddolna…

Chyba najbardziej wyraźny i jednocześnie nie tak odległy przykład tego rodzaju aktywności to ruchy solidarnościowe. Wielkie, wspaniałe inicjatywy, manifestacje, protesty, walki na ulicach i w zakładach pracy, praca u podstaw, sabotaż i dywersja.

I cały świat gratuluje i jesteśmy dumni bo dzięki temu, co się wydarzyło i co ci ludzie poświęcili, obalono ustrój, odzyskano wolność itd. itd.

Ja nie chcę deprecjonować ani dokonań ani poświęcenia ani niczego, co zostało osiągnięte. Tylko tak sobie myślę, co tak naprawdę zostało wywalczone krwią tych ludzi, ich walką, strachem i pracą…

… a co zostało ustalone… gdzieś z tyłu, po cichu, wcale nie w nocy i nie w ukryciu. Przy wódce albo po prostu na korytarzu, bo przecież wcale nie w Magdalence (gdzie i wódki nie brakowało). Korzystając z okazji, pretekstu, możliwości czy nastrojów. Ale o tym IPN-y i inne teczki z tapczanu albo trupy z szafy, jeszcze długo będą śpiewały gorzkie żale.

Nie chcę aby moje wydawanie, w którąkolwiek stronę by ono nie poszło, nie chcę powtarzam, aby stało się czyimś pretekstem, okazją czy możliwością… do wyrwania ręki lub jej wyłamania.

Nie będę chodził na demonstracje, manifestacje. Nie wybieram się ze świeczką na Wiejską i nie spalę opony pod pałacem takim czy śmakim.

Nie dam z siebie zrobić narzędzia żadnej z opcji bo im nie wierzę i nie ich interes jest dla mnie najważniejszy. A mam nieodparte wrażenie, że właśnie o ich interesy walczyłbym w ten sposób najskuteczniej. Nie jestem obojętny wobec tego, co się dzieje.

Jestem zły, zażenowany (jak pani Romaszewska – jej wypowiedź w sprawie zasługi w przekonywaniu prezydenta, wydaje mi się bardzo wymowna) i czuję się bezsilny.

Nie ma opcji, której mógłbym powierzyć walkę o moje prawa, a walki uliczne za łatwo są wykorzystywane w grze politycznej – więc nie będę w nich brał udziału.

Samodzielna walka trwa niezmiennie ale jej skuteczność jest – hmmm – pomijalna. Czy to oportunizm? Może i tak ale jeśli wybór mam pomiędzy złym a jeszcze gorszym to ja to…

I nie jest prawdą, że nie oddając głosu oddaję go faktycznie tej opcji, która aktualnie ma większe poparcie. Nie oddając głosu, nie popieram żadnej z opcji. I niech nikt mi tu mordy mojej (oczywiście zdradzieckiej) nie wyciera Statystyką – bo ta pani jest nieuleczalnie chora i wymaga ciszy i spokoju.

Co zamierzam? Tak długo jak będę w stanie, postaram się myśleć po swojemu i nie wierzyć jeszcze bardziej. Takie moje paranoje „onomatopeiczne, paranormalne” jak śpiewał pan Grabarz.

Pozostaję z szacunkiem dla wszystkich osób czynnie biorących udział w protestach i manifestacjach po dowolnej stronie w dowolnym miejscu na świecie.

O cokolwiek walczycie, szanuję Waszą wiarę i mam nadzieję, że nikt nie wykorzysta jej w złym celu. W co, niestety, niezmiennie wątpię…

© mojaameba.com

0 0 votes
Article Rating
Please wait...

jeremiasz82 Autor

Subskrypcja
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments