Zachwytom nie było końca

Pewnie, że tak.

Jeszcze długo przed wyznaczonym terminem porodu, Młody był pępkiem i ósmym cudem świata.

Pamiętam jak prawie się popłakałem (prawie… oczywiście…), gdy podczas badania USG zobaczyłem na monitorze klawiaturkę kręgosłupa. No przecież to był najpiękniejszy kręgosłup na świecie. Nikt nigdy nie miał i mieć nie będzie takiego pięknego… No może ewentualnie nasze kolejne dzieci (póki co jedynie w mglistych planach).

Potem było już tylko gorzej.

Młody olał temat terminu porodu. A pewnie – co będzie się przejmował takimi pierdołami. On od początku wie najlepiej kiedy, co i jak. Przecież to cud świata, to kto ma wiedzieć lepiej.

No, na szczęście, w końcu urodziło się… To Cudo…

Jaki on śliczny, jaki podobny, jakie oczka, uszka, stópki, pupa i siusiak… To jedno po tatusiu – ale mimo to i tak git… No fakt, faktem – trochę prawdy w tym było. Udany egzemplarz – ale z drugiej strony, który rodzic w skrytości serca nie przyznaje z dumą: fajny ten nasz chrabąszcz…

Jakoś natura tak to wymyśliła, żeby ułatwić i uzasadnić tą całą nadopiekuńczość roztaczaną nad naszym pisklakiem.

Cóż więc robić – zakochujemy się. Z całym dobrodziejstwem inwentarza.

Kochamy niezmiennie wszystko: kupki, smarki, ząbki, brak ząbków, rączki, nóżki, pieluszki, pierwsze słowo – “kojo” – choć miało być “mama” (co zostało uzgodnione między rodzicami w drodze negocjacji… mhm…).

Wszystko: zmęczenie, bluesowe nastroje, obolałe piersi (no cóż – z mojej perspektywy, to nie było najgorsze), wieczny bałagan, rytm dobowy pozbawiony rytmu, brak snu, brak czasu, brak życia towarzyskiego, nadmiar chętnych do odwiedzin i tak dalej i tak dalej.

Ale ja przecież nie o tym…

Cudo, dzięki całej tej miłości i odżywkom a także dobrym radom wszystkowiedzących źródeł informacji, rośnie.

To rewelacyjnie.

Coraz więcej Cuda do kochania. Ale teraz można już wprowadzić w życie drugi etap kochania Cuda. Można kierunkować miłością jego rozwój intelektualny.

O żeż ja nie mogę.

Książki, zabawki, bajki, mądre, sprytne, poważne, głupie… Cały przemysł “dzieciowy” stara się za pomocą mojej miłości ukształtować inteligencję naszego Cuda.

Bo oto okazuje się, że moja miłość jest niewystarczająca i tylko liczne droższe lub tańsze gadżety, pozwolą Cudowi na jedynie słuszny rozwój (chyba konsumencki, ale przecież ja w całym zawsze szukam dziury).

No dobra, staramy się nie dać zwariować. Ograniczamy, filtrujemy, przepuszczamy przez i tak skołowane nasze mózgi rodzicielskie, całą tę papkę marketingowo-modowo-kijwiejaką. Ale jak za pomocą naszych (oczywiście wspomaganych nieco zewnętrznie) dwóch, zmęczonych tą całą natarczywością, rozumków, mamy odeprzeć te wszystkie najazdy, ataki barbarzyńców, hordy Hunów, pod naszym rodzicielskim, już nie takim wielkim, murem?

No kurczę, nie da się.

Chcąc jak najlepiej dla swojego malucha i tak dasz się podejść fachowcom od marketingu, psychologom, wciskaczom kitu i innego badziewia.

Oni mają przewagę doświadczenia, pieniędzy i obojętności. Żerując na naszej miłości i chęci uchylenia nieba potomkowi, są w stanie zmusić nas do myślenia zgodnie z ich logiką.

Choćbym nie wiem jak się zapierał to w końcu dam się na to złapać i kupię. Będę oczywiście tłumaczył się przed samym sobą, że to świadomy wybór podyktowany twardymi danymi analitycznymi. Pod analizami podpisali się przecież fachowcy z dziedziny i innych pokrewnych…

Jasne… Zrobili mnie w konia i tyle.

Ale ja przecież nie o tym…

No i co z tego? Nic – o ile to wszystko nie zacznie działać na szkodę Oczka W Głowie. Bo i tą nadmierną, źle (bo bezrefleksyjnie) rozumianą miłością i chęcią wygładzenia każdej zmarszczki na dróżce naszego malucha i dostarczenia mu wszystkiego co tak ważne w jego rozwoju, możemy zrobić krzywdę i jemu i sobie.

Żadna inteligentna zabawka, żadna mądra książka czy kochająca babcia albo ciocia nie zastąpią Was. Waszego czasu poświęconego na wspólne nicnierobienie. Wy i Wasze Cuda. To najtańsza zabawka edukacyjna, która w jednoznaczny sposób przekazuje prawdę o miłości. Uczy wszystkich biorących w tej zabawie udział, że nic nie jest ważniejsze od bycia razem, ze sobą.

Ale ja przecież nie o tym…

Ja tu się wymądrzam, co najmniej jakbym miał patent na wychowanie albo doświadczenia nie wiadomo ile… Nie mam ani jednego ani drugiego.

Mam rodzinę, której zasadniczym “emelentem” jest Młody.

Młody jest najlepszą instrukcją obsługi Młodego. Szczerze i jeszcze otwarcie demonstruje niezadowolenie i zadowolenie, potrzeby i niechęć, radość i smutek.

Wychowujemy się wzajemnie a co z tego wyjdzie?

No i popatrz, nie o tym chciałem. Ten cały “parenting” jest upierdliwy. Trudno – będzie temat na kolejny wpis

No to na pocieszenie coś tak pozytywnego, że zachwytom nie będzie końca…

© mojaameba.com

0 0 votes
Article Rating
Please wait...

jeremiasz82 Autor

Subskrypcja
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments