Z życia żuka vol. 1

Jeszcze jeden wydłubany gdzieś za długi, wydumany tekst o niczym – a piosenka fajna

Z cyklu „Z życia żuka”. Odcinek pierwszy i jedyny. Tak, to krótki cykl.

Żuk jest mężczyzną albo kobietą, w pewnym wieku. Właśnie kończy (przedłużający się dziwnie) okres dojrzewania, wchodzi w kryzys lub zaczyna którąś z pauz.

Ma wyższe wykształcenie – studia ledwo skończył lub skończył je z wyróżnieniem. Być może ma dwa fakultety lub doktorat nauk wszelakich albo bardzo konkretnych. Żuk ma rodzinę i kredyt lub dziewczynę albo chłopaka i… kredyt albo wniosek o udzielenie. W każdym razie wiedzie bardzo poukładane życie – chyba, że jest postrzelonym podróżnikiem lub miłośnikiem sztuk walk wschodu, fanatykiem fotografii plenerowej i wyznawcą ZEN z klinicznym ADHD.

Żuk ma kołnierzyk (biały lub błękitny), albo spódnicę (za kolano lub przed) – to zostało szczegółowo żukowi wyłuszczone w regulaminie, jaki żuk musiał przyjąć za swój kodeks honorowy.

Żuk ma dżinsy i flanelową koszulę w kratę lub powyciągany tam i tu sweter – jeśli oczywiście jest indywidualistą i nie poddaje się głównemu nurtowi oraz kodeksowi honorowemu – ma inny. Ma też brodę lub kolczyki tam gdzie kolczyki mogą mu przeszkadzać ale co tam – dzięki temu jest zupełnie wyjątkowy (tak samo jak inne, jemu podobne, również wyjątkowe żuki).

Żuk nie może być anonimowy. Ma identyfikator: zdjęcie, imię i nazwisko. Na początku nosi go na szyi – żeby być precyzyjnym, to nosi go na smyczy zawieszonej na szyi.

Drobny szczegół ale jednak w ten sposób przedstawione fakty powodują, że z czasem identyfikator ląduje wstydliwie w kieszeni spodni lub garsonki – jego chitynowy pancerzyk ma przeróżne schowki.

Nasz bohater pracuje. Oj, jak bardzo pracuje. Od poniedziałku do piątku codziennie, rano, zmierza w kierunku ulicy Mostowej, Fabrycznej, Zakładowej, Bankowej. Sam wiesz gdzie, przecież w każdym mieście jest jakaś ulica z budynkami, w których gromadzą się żuki.

Mniejsza z tym, czym się zajmuje. Robi tam cokolwiek – parzy kawę, przygotowuje raporty, udaje, że analizuje raporty przygotowane przez inne żuki, opracowuje strategie, układa pasjanse, parzy kawę, przechodzi na dietę – tym razem pudełkową lub paleo, strofuje inne żuki niższe w hierarchii, pali papierosy, szuka żuka, z którym mógłby przejść na drugą stronę tęczy, albo po prostu parzy kawę. Nieważne co, nawet dla samego żuka – ważne, że jest bardzo zajęty a jego życie ma sens potwierdzony smyczą i identyfikatorem.

Sam budynek, do którego co rano zmierza żuk jest niezwykły. Jest prawie samowystarczalnym organizmem. Ma stołówki, palarnie, czasem siłownie, parkingi, przestrzenie wypoczynkowe, przestrzenie biurowe, przestrzenie socjalne, przestrzenie sanitarne… pomimo tak ogromnego nagromadzenia różnych gatunków przestrzeni – to przestrzeni jest tam najmniej. Budynek nie może jednak funkcjonować bez jedzenia. Nikogo nie zdziwi, że pożywieniem tego niezwykłego organizmu jest sok z żuka.

Tłoczony na zimno, extra vergine.

Żuk o tym wie i godzi się na to. W zamian jest otoczony miękką kołderką małej stabilizacji, zbliżającej się choć niezdobytej zdolności kredytowej, legendarnych pakietów socjalnych, zupełnie niewymuszonych imprez integracyjnych, a co najważniejsze – poczuciem przynależności do grupy (nawet żuk-outsider woli być inny w grupie niż sam, gdzie nie miałby przecież od kogo się odróżniać).

Żuk nie jest frustratem, nie jest także cholerykiem, stoikiem ani nawet sangwinikiem. Co gorsza nie jest nawet melancholikiem. Żuk owszem, może być kim chce, ale po godzinach wyciskania soku.

W tym czasie żuk jest wyłącznie profesjonalistą. Jest precyzyjny, fachowy i skuteczny ale nie bezrefleksyjny – refleks owszem, musi mieć – bo już inny żuk kombinuje. Najprawdopodobniej kombinuje jak naszego żuka zastąpić sobą na jego stanowisku.

Co innego z refleksją – na to żuk znajdzie czas kiedyś (to jest ten sam okres, do którego żuk odkłada takie tematy jak wyjście do kina, teatru, przeczytanie książki, spotkanie z przyjaciółmi – co do których, żuk jest prawie pewny, że ich ma…).

Żuk jest z siebie zadowolony. Przeczesuje asymetryczną grzywkę, poprawia ciężko wypracowany przedziałek, prostuje szew swojej pończochy czy krawat pod szyją. Wciąga brzuch, wypina pierś, puszcza oko do uśmiechniętego odbicia w lustrze szybkobieżnej windy i jest zadowolony.

Żuk siebie nie lubi. Nie lubi swoich codziennych złośliwości, pedantyzmu lub roztrzepania cudzego lub własnego, za dużego nosa, brzucha, za małych piersi, za krótkiego kciuka.

Żuk nie ma powodu do samozadowolenia. Kiedy więc nikt nie widzi zajada swe frustracje (których przecież nie ma) kolejnym kawałkiem zrzutkowej pizzy lub absurdalnie drogą sałatką vege jednej z tanich sieci zielonych „fastfoodów”, popijając to (równie idiotycznie drogą) kawą w papierowym kubku.

Żuk bardzo lubi swój zespół. Tę niezwykle skonsolidowaną i zintegrowaną grupkę chrząszczy, wspierających się wzajemnie i gotowych w każdej chwili podać pomocną dłoń i poratować dobrym słowem czy radą. O tak, oni są godni zaufania i żuk o tym wie i czuje się bezpiecznie…

Żuk nie lubi innych żuków. Toleruje je, jako element konieczny, warunkujący lub definiujący, ale im nie ufa. Rzuca co rano metaforyczne „dzień dobry” albo „cześć” ale niesmak pozostaje. Każdy z nich przecież jest konkurentem naszego żuka w konkursie na najszybszego, najskuteczniejszego lub innego naj, owada w regionie.

Już wiesz, że życie żuka to nie jest kaszka z mleczkiem ani nawet bułka z masłem. Jest pełne meandrów, sprzeczności i całej góry konfliktów głównie wewnętrznych.

Kimkolwiek jest nasz żuk, jedno jest pewne. Po całodziennym wysiłku, wytężonej pracy umysłowej i niejednokrotnie fizycznej, żuk z zadowoleniem może popatrzeć na dzieło pracy rąk swoich.

Oto udało się naszemu żukowi przetoczyć bezpiecznie kulkę na nowy, wyższy poziom.

Nie uronił z niej ani jednego kawałka. Zebrał na to wszystkie dokumenty, pieczątki, wypełnił niezbędne formularze i zdobył zaświadczenia.

Nie uchybił przy tym żadnemu zarządzeniu, okólnikowi ani procedurze. O tak, wykonał kawał dobrej, fachowej roboty.
Przed wyjściem do domu musi pamiętać jednak jeszcze o jednym drobnym szczególe. Koniecznie musi umyć ręce.

[Chciałoby się w tym miejscu usłyszeć: „Czytała Krystyna Czubówna”.]

[Wszelkie podobieństwa do osób czy zdarzeń są przypadkowe a całość proszę traktować jako opowiadanie z gatunku „fikszyn” – i to raczej „palp” niż „sajens”]

© mojaameba.com

0 0 votes
Article Rating
Please wait...

jeremiasz82 Autor

Subskrypcja
Powiadom o
guest
4 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
Inline Feedbacks
View all comments

[…] Z życia żuka vol. 1 […]

Tatul

Wszyscy jesteśmy żukami ale nie wszyscy zauważamy tego, że budynków wciąż przybywa i sok z żuków jest wciąż potrzebny. Poza tym już dawno zauważono pewną prawidłowość: “Żuki umierają, a budynki pozostają”

[…] Z życia żuka vol. 1 […]