Moja Ameba

Piosenka rewelacyjna!!! Choć zupełnie niezwiązana z tekstem.

Tak chyba nawet lepiej.

A tekst a jak zwykle o polityce, magii, alternatywnych metodach uzdrawiania, usuwania sierści z dywanu oraz o Kreciku – zatem serdecznie zapraszam.

Od razu ostrzegam – każda reakcja jest dla mnie prowokacją do wklejania kolejnych tekstów, zatem zastanów się dwa razy zanim “lajkniesz”…

Aby coś osiągnąć musisz opuścić strefę komfortu.

Aby czegoś doświadczyć czy po prostu żyć pełnią życia musisz wyjść z magicznej niewidzialnej mydlanej bańki poczucia bezpieczeństwa. Pozostając wewnątrz nie pozwalasz sobie na rozwój, na realizację marzeń, na osiąganie sukcesów…

To bzdury!

Zadam sobie kilka pytań (jeśli chcesz pytaj razem ze mną): Czy ja chcę być wybitny? Czy ja chcę być ponadprzeciętny? Czy ja chcę być lepszy od innych?…

No cóż, jeśli na takie pytania odpowiesz sobie twierdząco, to zastanów się jeszcze raz.

Czy tak naprawdę tego właśnie chcesz?

Jasne, że jeśli odwrócimy pytania i zabrzmią one: „Czy ja chcę być zwykły, przeciętny, pospolity?” , to nikt normalny nie odpowie „Jasne, o niczym bardziej nie marzę niż być szarą myszą (ja to chyba nawet szarym myszem)”…

A ja chcę naprawdę – może nie jestem do końca normalny.

Nie chcę rozbijać atomu, nie mam aspiracji, żeby ocalić miliony istnień ani zgładzić choćby jedno z nich, nie mam potrzeby zdobywania szczytów ani dokonywania rzeczy niemożliwych. Po prostu, ja chcę pozostać przeciętny i pospolity.

Teraz się powymądrzam.

Każdy z nas ma to, co nauki społeczne nazywają strefą komfortu.

To jest ta przestrzeń, w której czujesz się bezpiecznie. To są miejsca, ludzie, poglądy, emocje, w których czujesz się pewnie i swobodnie. To są wartości, z którymi się utożsamiasz i których prawdopodobnie będziesz bronić jeśli coś im zacznie zagrażać.

W mojej ocenie, każdy ma kilka warstw strefy komfortu (jak cebula albo – co chyba trafniejsze – jak ogr – o tortach nie ma co wspominać).

W samym centrum znajdują się rzeczy które nas definiują, powodują, że jesteśmy tym kim jesteśmy również na poziomie biologicznym.

Kolejne coraz bardziej zewnętrzne zawierają elementy sprawiające, że czujemy się dobrze albo bezpiecznie ale są one coraz mniej niezbędne dla naszego istnienia. Takie, z których można rezygnować bez utraty siebie. To znaczy utrata, czy rezygnacja z zewnętrznych warstw powoduje dyskomfort ale im bardziej zagrożone są centralne, tym mniej mówimy o dyskomforcie a bardziej o panice, przerażeniu, zatraceniu (przykład – tak na niektórych działa utrata internetu)…

Od paru lat lansuje się teorie mówiące o tym, że trzeba zrezygnować z „tkwienia” w swoich strefach komfortu, żeby dało się cokolwiek osiągnąć.

Dlaczego, pytam się tych fachowców, nie mogę czegoś osiągnąć czując się bezpiecznie? Dlaczego ktokolwiek twierdzi, że moja, Twoja czy czyjakolwiek strefa komfortu jest do dupy i nie ma tam nic rozwijającego, innowacyjnego – a ciekawe czy wielkie jest tylko to, co niekomfortowe?

Ja to widzę inaczej.

Moja strefa komfortu nie jest bańką.

Jej rzut prostopadły nie jest kołem ani nawet okręgiem. Bardziej przypomina amebę.

Nieforemny galaretowaty organizm wypełniony ektoplazmą , endoplazmą i kilkoma organellami.

Nieważne – to moja strefa, nie będę się z niej tłumaczył.

W każdym razie, moja ameba się porusza. Jeśli uzna coś za godne wchłonięcia to zjada to i przyswaja. W ten oto sposób moja strefa komfortu ogarnia nowe obszary, idee, miejsca, osoby (jakkolwiek by to źle nie zabrzmiało).

Jeżeli mam w tym zakresie coś do powiedzenia, to wchodzę tylko w to, co ocenię jako bezpieczne i nadające się do zasilenia mojej ameby.

Właśnie – jeśli mam coś do powiedzenia.

Bohaterowie, ci historyczni ale także ci obecni, codzienni, zwykle nie zostają bohaterami, nie robią rzeczy niezwykłych , odważnych czy niebezpiecznych, bo tak chcą . Dokonują tego bo coś ich do tego zmusiło. Ekstremalna sytuacja, poczucie zagrożenia, dotarcie do dna albo pod ścianę. W każdym razie coś, co wywierało silny bodziec na strefę komfortu na dowolnym poziomie – może biologicznie a może kłóciło się z wyznawanymi przekonaniami, poczuciem godności.

Oczywiście byli/są wyjątkowi. Nie każdy postawiony w ich sytuacji, dokonałby podobnych rzeczy. Nie każdy zachowałby się jak bohater. Nie zmienia to jednak faktu, że oni sami zwykle wcale tego nie chcieli – tak wyszło, coś ich do tego zmusiło.

Jeśli stanę nad przepaścią, to wierz mi, jeśli tylko będę miał jakikolwiek wybór, to prędzej poszukam innej drogi albo zbuduję most, niż skoczę, licząc na to, że może uda mi się dostać na drugi brzeg urwiska. Nawet jeśli ten skok okazałby się rekordowy, innowacyjny, odkrywczy, inspirujący czy cokolwiek innego. (Tak, mam lęk wysokości i się tego prawie nie wstydzę.)

Nie chodzi nawet o to, że jest spora szansa, że nie dolecę, że mi się nie uda (a z perspektywy byłego lotnika, rozmazanego na dnie kanionu i tak ciężko będzie mi ocenić innowacyjność mojego skoku). Chodzi przede wszystkim o to, że według mnie taki skok jest po prostu szaleństwem.

Jeśli Ci się udało przeskoczyć, to fajnie ale idź się lecz.

Nie chcę, żebyś mnie źle zrozumiał.

Nie neguję poszukiwania nowych rozwiązań, przygód, zabawy, rozwoju, spełniania marzeń. Twierdzę tylko, że wszystko to można robić i osiągać nie rezygnując z poczucia bezpieczeństwa na siłę.

Nie musisz wcale rzucać pracy, tatuować sobie jaszczurki na twarzy (czy zupełnie hipotetycznie – Krecika – pozdrawiam Mirku), zrywać przyjaźni, czy rezygnować z opieki medycznej, żeby odkrywać nieznane, naprawiać świat, zdobywać doświadczenia, poznawać ludzi czy doskonalić siebie.

Jasne, że są ludzie, którzy potrzebują adrenaliny jak kawy przed wyjściem z domu. Nie są w stanie żyć bez dreszczy, napiętych mięśni i przyspieszonego tętna. Ale to się leczy – podobno już nawet skutecznie i prawie nieinwazyjnie.

Podobno również najczęstszą frazą poprzedzającą zdobycie nowej kontuzji jest „Ja nie dam rady? To potrzymaj mi piwo…”.
Jeśli się jednak dobrze zastanowić, to ten „zawodnik” wcale nie rezygnuje ze swojej strefy komfortu – przecież planuje wrócić po swoje piwo, po to właśnie je zabezpiecza…

Nie chodzi o to, żeby uciekać za granice strefy komfortu tylko żeby te granice przesuwać. Zdobywać nowe obszary (jeśli chcesz coś w ogóle zdobywać, bo przecież nie musisz – ale jeśli koniecznie chcesz) włączając je, jako oswojone, do swojej strefy komfortu.

Ryzykowanie na siłę to nie jest odwaga tylko głupota.

Wara zatem od mojej strefy komfortu – jeśli chcecie potrzymam Wam piwo…

A teraz, jeśli do tej pory tego nie uczyniłeś, posłuchaj tej pięknej pieśni. Może to troszkę zmniejszy poczucie zmarnowanego czasu. Dziękuję w każdym razie za uwagę.

© mojaameba.com

Lao Che – Drogi Panie

Please wait...

2
Dodaj komentarz

avatar
2 Wątek komentarzy
0 Odpowiedzi wątku
1 "Falołersi"
 
Komentarz budzący najwięcej reakcji
Wątek budzący najwięcej reakcji
1 Autorzy komentarzy
Paskuda Najczęściej kometujący
  Subskrypcja  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
trackback

[…] Zastanawiasz się, czemu “moja ameba”? Odpowiedź znajdziesz w jednym z moich tekstów: https://mojaameba.com.pl/2017/07/05/moja-ameba/ […]

Paskuda
Gość
Paskuda

Ju… hu! Jak mawiają starzy górale… i prawdopodobnie połowa warszawskiego śródmieścia 😉 Doskonałe, prawie jak to, że nie trzeba było wychodzić ze strefy komfortu- w zasadzie z jakiejkolwiek strefy- żeby pokazać, że można działać na kogoś jak magnes (tudzież… Czytaj więcej »