Dzień dobry Panie Smog

No i stało się…

Piszę po swojej ścianie.

Będzie oczywiście za długo i rzecz jasna nudno, zatem zachęcam do bezpośredniego przejścia do piosenki i ocalenia kilku chwil.

Poza tym wiadomo – co się raz zobaczyło to się już nie odzobaczy…

Coraz częściej jestem pytany dlaczego nie korzystam z komunikacji miejskiej czy samochodu, przemieszczając się pomiędzy pracą a domem (celebryci zawsze są pytani o takie rzeczy – już się przyzwyczaiłem).

Chyba nikt mi nie wierzy, że sprawia mi przyjemność piesze przemieszczanie się po krakowskich chodnikach wzdłuż stojących korków i czegoś co również stoi a ciężko to nazwać powietrzem.
Sam w to nie wierzę.

Bo jak ja, stary astmatyk, alergik i mam nadzieję, że nic więcej na “a”, w ogóle mogę sobie pozwolić na swobodne poruszanie się po mieście bez masek, filtrów i sztucznej nerki, gotowej do przejęcia obowiązków prawdziwej przy dramatycznie wysokim stężeniu substancji szkodliwych w krwiobiegu.

Ano takie moje małe życie na krawędzi.

Jedni skaczą na bandżi (czy jak się to pisze) inni nurkują bez aparatury na setki metrów wgłąb czy wspinają bez zabezpieczeń na
drapacze chmur – a ja codziennie ryzykuję życie spacerując po europejskiej stolicy kultury, turystyki i pewnie jeszcze kilku innych instytucji… Uprawiam sport ekstremalny nie wydając złotówki i nie tracąc czasu na organizowanie wypraw, sprzętu itd itp – fajnie, nie?

Ale dość przechwalania się, bo nie o to mi chodzi tym razem.

Kiedy byłem jeszcze bardzo małą dziewczynką, moje wspaniałe rodzeństwo (dziękuję i pozdrawiam z tego miejsca) świadomie (lub co bardziej prawdopodobne, nieświadomie) uchroniło mnie przed nurtami muzycznymi, które pojawiły się nieco później, puszczając Muzykę, która powoli lecz skutecznie impregnowała mnie na to nadciągające “nowe”.

Jakoś nie przeciekam zatem w temacie techno-pochodnych, disco-pochodnych i kilku innych -pochodnych. Nie to, że ich nie lubię – po prostu nie trafiają u mnie tam gdzie muzyka powinna trafiać (tak po prawdzie, to trafiają zupełnie gdzie indziej – wolno mi, jak każdemu, mieć swoje dziwactwa).

Przejdźmy do “adremu”.

W trakcie uprawiania mojego sportu ekstremalnego, zdarza mi się słuchać muzyki (żeby dodać sobie odwagi do przedzierania się przez zadymioną miejską dżunglę, w której za każdym rogiem czyha na mnie nowy benzopiren czy inna bestia).
I tak, dzisiaj usłyszałem po latach piosenkę “Spacerologia” Mariusza Lubomskiego.

Od razu cofnęło mnie do czasów wspomnianej wcześniej młodości szczenięcej i nostalgia podcięła mi nogi tak jak tylko nostalgia podcinać potrafi.

Podparłem się jednak szczęśliwie o wystający kawałek powietrza i jakoś utrzymałem równowagę.

Utwór, do którego tak długo was przekonuję (jakby to w ogóle było konieczne), jak napisał o nim pewien znany krytyk muzyczny (tak, w wolnych chwilach krytykuję również literaturę, teatr, film i co tylko się skrytykować pozwala i nienadmiernie broni), “to film drogi w mikro-skali”.

I nagle wszystko mi się skleiło.

No bo sami popatrzcie: opowieść/film/temat drogi, ja – samotny jeździec (easy rider – można by rzec) i substancje czynne, w czasie tej drogi przeze mnie wdychane. Wszystko się zgadza i pasuje. No może poza tym, że ja nie jestem Jack Nicholson, Kraków to nie Stany Zjednoczone a to czym jesteśmy zmuszani oddychać to zdecydowanie nie jest “Maryśka”…

Na koniec chciałem tylko przeprosić pana Lubomskiego, za to, że wplątałem jego piękny utwór w moje żółcią opływające dywagacje na temat smogu. Ale dzięki tej piosence dzisiaj głębiej wsunąłem ręce w kieszenie i jakoś lżej szło mi przedzieranie przez pył, szlam i co tam jeszcze w tym powietrzy blokuje mi przejście. Dziękuję.
© mojaameba.com

0 0 votes
Article Rating
Please wait...

jeremiasz82 Autor

Subskrypcja
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments